Co roku, z okazji Wielkanocy, podejmuję mniej lub bardziej udane próby odtworzenia polskich tradycji, których efekt przypomina połączenie stylistyki Marthy Stewart z zakopiańską. Zdecydowałam więc, że w tym roku będzie inaczej: bez białego barszczu, czy żurku z serem i kiełbasą. Najchętniej chciałabym, tak jak bohater popularnej książki Grishama, zignorować rozrośniętą i obciążającą naszą kieszeń tradycję święta. Ale do zasadniczej zmiany brakuje mi odwagi, więc chociaż zrezygnuję z przaśnego śniadania. Wielkanocne menu będzie więc tym razem wyrafinowane: z karczochami, ostrygami i biszkoptem truskawkowym. Już teraz męczy mnie jednak etniczna czkawka.
Etniczne poczucie winy wynika, jak podejrzewam, z kryzysu nie tylko kulinarnej tożsamości, który po kilkunastu latach pobytu na gościnnej ziemi amerykańskiej stał się chyba moim udziałem. I z ewidentnych niepowodzeń wychowawczych. Dla moich dorastających dzieci typowo polskie tradycje kulinarne smakują bowiem tak jak zakwaszany żurek czy chrzan, podawane zamiast płatków śniadaniowych. Jajka, pomimo ich bogatej syboliki życia, są dla nich przedmiotem nieskrywanej awersji, a strawne są dla nich jedynie estetycznie jako pisanki.
Przepiękne polskie palmy kojarzą się, niestety, moim dzieciom z ubiegłorocznymi obchodami święta. Egzotycznym elementem folklorystycznym było wtedy kazanie misjonarza z Afryki o wartości przyjaźni, utrzymane w konwencji opowieści o zwierzętach. Kulminację obchodów stanowiła ceremonia wręczania palm, rozdawanych w sąsiednim pomieszczeniu kościelnym, która spowodowała dramatyczne przemieszczenie już i tak skłębionego tłumu. A gdy już zwycięsko palmy zostały zdobyte, zgromadzeni dowiedzieli się, że szturm na sąsiednie pomieszczenie był wysiłkiem zbytecznym, jako że tuż po ich poświęceniu były one wręczane przez ministrantów. Po dwugodzinnym oczekiwaniu w kolejce do konfesjonału i półtoragodzinnej mszy zakończonej występami dzieci w strojach ludowych i popisem chóru turystów z gitarą, moich dzieci nie sposób tam nawet końmi zawlec.
Jak nakazuje tradycja, zaniesiemy do poświęcenia wielkanocne pokarmy w pięknie udekorowanym koszyczku, co w połączeniu z naszymi odświętnymi strojami spowoduje, jak zwykle, żywe zainteresowanie sąsiadów. Ale odkąd kilka lat temu w trakcie pospiesznego ustawiania koszyczka do poświęcenia, cała jego zawartość wypadła na cementowe schody pewnej chicagowskiej kaplicy, święcimy go w naszej, podmiejskiej parafii. Będzie spokojniej, ale niespodzianki są niewykluczone.
W ubiegłym roku licznie przybyłych Polonusów uhonorowano staropolską pieśnią wielkanocną, nieopatrznie zaintonowaną przez diakona polskiego pochodzenia, jakkolwiek nikomu, oprócz diakona, nie znaną.
Folklor wielkanocny zupełnie nieźle sprzedaje się w polskich sklepach, jak kupiony z konieczności w pośpiechu towar wraz z kartkami świątecznymi, barankami z cukru i potrawami gotowymi do podania. Nabyty za kilkanaście dolarów jest przypadkowym zakupem, który nikogo chyba nie przekona do bogatych tradycji polskiej Wielkanocy.
Jako ukłon w stronę zwyczajów traktowałam przez długie lata tradycyjne ciasto z pewnej popularnej polskiej piekarni, ale odstręczona długimi kolejkami i znudzona niezmiennymi smakami, zaniechałam tego wątpliwej wartości obrządku. Z powodzeniem zastąpiłam go własnymi wypiekami, w czym upatruję teraz cały urok przedświątecznych przygotowań. Podobnie jak w malowaniu pisanek obierkami z cebuli i szukaniu bukszpanu do dekoracji koszyczka. Czy też w wertowaniu przeróżnych książek kucharskich w poszukiwaniu wariacji na temat tradycyjnych przepisów wielkanocnych. Bo święta, tak jak wspomnienia z dzieciństwa, pielęgnuje się w pamięci. I nie wyrzuca się, jak skorupek z jajek.
Może więc nie warto odżegnywać się od Wielkanocy po polsku. Już przecież najwyższa pora przygotować aromatyczną zalewę do szynki i zacząć zapiekać kiełbaski. Udekorować stół baziami. A także po amerykańsku - poszukać niespodzianek dla zajączka. A może nawet, zwyczajem lokalnych elegantek, wybrać pastelowy kapelusz do wielkanocnej kreacji. Etniczna czkawka z pewnością ustąpi.
ez