Z widowiska historycznego o historii Meksyku, które obejrzałam kilka lat temu w parku Xcaret, zapamiętałam sceny najazdu Meksyku przez Spaniardów. Kilkumetrowej wielkości białe płachty konkwistadorów wjeżdżających na koniach zakryły tubylców wykonujących folklorystyczny taniec, który pomimo zawłaszczenia przez kolonizatorów był nadal kontynuowany, choć w nieco zmienionej formie. Nie tracąc nic ze swojej dynamiki dziki taniec potomków Azteków nabrał wtedy jedynie nieco finezyjnej rytmiczności. Imponujące sceny najazdu i obrazy następującej asymilacji kulturowej opowiadały o unicestwieniu kultury azteckiej, jak i o nowej jakości, znamiennej dla początków ery chrystianizacyjnej, która się na jej gruzach wykształciła. Skala i dobrowolność nawrócenia około dziewięciu milionów potomków Azteków, którzy przez lata wyznawali wielobóstwo składając niewyobrażalne w swym okrucieństwie rytualne ofiary z ludzi, do tej pory pozostaje jednym ze zdumiewających precedensów historycznych. Zwłaszcza, że przesłaniu chrześcijańskich misjonarzy towarzyszyły dokonywane przez kolonizatorów podboje, gwałty, kradzieże, uciemiężenie i wyzysk.
Tę współistniejącą mimo wszystko w symbiozie wielokulturowość oddaje prominentna ikona kulturowa Ameryki Łacińskiej - Matka Boska z Guadelupe. Ma twarz meksykańskiej Indianki i imię drogie Hiszpanom. Jest mestiza - rasy mieszanej, powstałej na skutek skolonizowania kraju przez Spaniardów. Zachowany przez cztery stulecia w tilma Juana Diego, płótnie z włókien kaktusa wizerunek Matki Boskiej jest w swojej kontrastowej feerii barw typowy dla kultury meksykańskiej. Złocista aureola w kształcie promieni słonecznych otacza spowitą w zdobioną ornamentami roślinnymi czerwoną suknię z zielonym bogato inkrustowanym welonem. To wyobrażenie utrzymane jest w krzykliwej i nieco zacierającej proporcje stylistyce charakterystycznej dla malarstwa meksykańskiego, jakże odległego od rodzimych, kreowanych w ponurej kolorystyce wypowiedzi artystycznych.
We współczesnej kulturze meksykańskiej niegdysiejszy politeizm z właściwym mu wynaturzonym okrucieństwem i turpistycznym przerysowaniem funkcjonuje już tylko na zasadzie dobrze sprzedającej się atrakcji turystycznej i znamiennej dla lokalnej kultury stylistyki ornamentacyjnej. Czczona przez Azteków bogini macierzyństwa, makabryczny potwór z opasującym jej głowę zwojem splątanych węży, który z okazji otwarcia swojej świątyni zażądał poświęcenia osiemdziesięciu tysięcy Azteków, straszy dzisiaj już w tylko w Muzeum Antropologicznym Miasta Meksyk.
Nieprzypadkowo na miejscu kultu kamiennej bogini, na wzgórzu Tepeyac, około sześć mil na północ od niegdysiejszej stolicy, stanął na prośbę Matki Boskiej poświęcony jej kościół. Dzisiaj wiodą do niego kamienne, kręte schody, po których wspinają się cierpliwie pielgrzymi. Róże są nadal, tak jak cztery wieki temu, nieodłącznym atrybutem Pani ze Wzgórza Tepeyac. A kilkadziesiąt stopni niżej można zjeść tacos, wypić Colę i kupić różaniec. Cudowny obraz przeniesiony został do nowoczesnym kształtów bazyliki. Sanktuarium, oglądane zwłaszcza okiem nawykłym do obrazu Częstochowy, odarte jest z atmosfery rozmodlonego nabożeństwa. Pielgrzyma wkraczającego na jego teren witają stragany z dewocjonaliami i żywnością. Święty obraz ogląda się często, tak jak ja, stojąc na ruchomej platformie wypełnionej zbitym, zadzierającym ciekawsko głowy w górę tłumem. Wychodzącym z kościoła ukazuje się chylącą się ku upadkowi budowla siedemnastowiecznego kościoła, który niegdyś również był miejscem przechowywania obrazu. Zaburzona strukturalnie architektura ilustruje znamienną dla meksykańskiej religijności naiwność. Absolutne zawierzenie i oparte na braku ingerencji człowieka w naturalny porządek rzeczy bulwersuje i drażni przywykłego do racjonalności przybysza z Północy.
Miniaturowa pamiątka turystyczna uosabiająca boginię macierzyństwa jest do nabycia na ulicznym straganie za jedyne kilkanaście pesos. Równie spauperyzowane zostało inne, najpotężniejsze niegdyś bóstwo, Quetzalcoatl, znane jako Upierzony albo Kamienny Wąż. W tym kontekście zaskakująco uniwersalnie brzmią wyryte w świadomości Meksykanów słowa objawienia odwiecznej gwarancji boskiego porządku wobec historycznego zła, cywilizacyjnego upodlenia i ułomności człowieka.
I w tej afirmacji pokory, wytrwałości w wierze i obietnicy nieziemskiej pomocy dla maluczkich kryje się chyba tajemnica powszechnego w Meksyku kultu Matki Boskiej z Tepeyac, tak obcego kulturze i mentalności mieszkańców okolicznej Północy. Stare kobiety wchodzące na wzgórze z pomocą wnuczek, młode matki z niemowlakami owiniętymi w koce, nieokreślonego wieku mężczyźni czy też wystrojone świątecznie dzieci przychodzą do sanktuarium po nadzieję, będącą we współczesnym Meksyku towarem luksusowym. Nie oferuje jej ani rząd, tkwiący od lat w korupcyjnym impasie, ani też komunizująca opozycja, która od tygodnia paraliżuje ruch stolicy i nawołuje do odnowy wywieszając na swoich piekietach portrety Lenina i Stalina.
Mestizaje, jak określa się zapoczątkowany cztery stulecia temu proces mieszania ras, oddaje charakterystyczną dla współczesnego Meksyku biologiczną i kulturową polifonię.
W meksykańskim tyglu pierwotne szamaństwo ubarwia powszechny katolicyzm. Zegar Azteków stoi dumnie na środku placu naprzeciw bazyliki Matki Boskiej z Guadelupe, a Indianie wykonują w pobliskiej kaplicy swoje rytualne tańce. Ale nie należą do rzadkości sytuacje, kiedy to po mszy świętej kobiety spieszą do szamana, tak na wszelki wypadek, po odczynienie uroków. A niemal wszyscy, bez wyjątku, pielgrzymują pierwszego dnia wiosny do piramid, gdzie od lat szczodry bóg słońca zsyła swą energię na kolorowo ubrany tłum swych wiernych.
Z tą ujarzmioną pogańskością koresponduje zauważalna zwłaszcza w dniach protestu opozycji potrzeba politycznego szamana.
Z tej roli wyskoczył już chyba Fox, nazywany dziś zdrajcą, choć zaledwie sześć lat temu przełamał 89 lat dyktatury komunistycznej. Na największej arterii komunikacyjnej stolicy powstały, jak za dawnych lat namioty, w których manifestanci mieszają wyborcom w głowach paraliżując kompletnie ruch miejski. W meksykańskim tyglu wre. A ja zastanawiam się czy uda mi się przedostać na lotnisko. O czym doniosę wkrótce.
ez