Zdominowany przez demokratów Kongres uchwalił w środę wydatki na wojnę w Iraku. Przeznaczone będzie na ten cel pięćdziesiąt miliardów dolarów, czyli znacznie mniej, niż domagał się rząd i armia. Do tego postawiono warunek, iż do grudnia przyszłego roku wycofana ma być z tego kraju większość jednostek, a już na pewno żadna z pozostawionych tam nie może brać udziału w walkach.
Uchwała ta nie ma żadnego znaczenia, bo na pewno zawetuje ją prezydent. Już zresztą pojawiła się odpowiednia zapowiedź.
Wszystko to nie ma dla mnie większego sensu i sprawia, że jeszcze mniej ufam politykom każdego szczebla. Demokraci przyznają, że podjęli decyzję o zmniejszonym finansowaniu i wycofaniu wojska wiedząc, iż nic z tego nie wyjdzie. Przyznają też na konferencjach prasowych, iż robią to tylko w celu zadowolenia swoich wyborców. Chodzi o to, by osoby, które pomogły demokratom w odzyskaniu władzy widziały efekty swego wyboru. Zastanawiam się więc, jakim efektem jest nieudana próba. Kolejna. I jeszcze jedna.
Nie chodzi teraz o moją opinię na temat obecności armii amerykańskiej w Iraku, ale grę polityczną, jaką nieudolnie uprawia się w Waszyngtonie. Mam wrażenie, że nikt nawet nie próbuje udawać. Wydaje mi się również, że podejmujący takie działania w Kongresie politycy w dalszym ciągu nie mają pojęcia nad czym oni właściwie głosują. Nie liczy się człowiek, wojna, wydatki, czy inne, związane z tym problemy. Chodzi wyłącznie o zachowanie układu, zdobycie indywidualnych korzyści i zamknięcie ust szarym obywatelom. W zmęczonym ciągłym konfliktem Iraku nic się nie zmienia. Niezależnie od tego, ile pieniędzy będzie na dalsze działania wojenne przeznaczone i kiedy wojska zaczną się pakować, upłynie jeszcze sporo czasu zanim cokolwiek zacznie się tam zmieniać na lepsze. Do nieczułych i pozbawionych elementarnej wiedzy polityków nie można się dobrać, dokucza się więc wysyłanym do Iraku żołnierzom uznając ich za morderców, przestępców i pozbawionych skrupułów wykonawców woli dowódców. Kilka dni temu, późną nocą, słuchałem długiej i szczerej rozmowy z kapelanem wojskowym, który po kilkunastu miesiącach przyjechał na chwilę do domu. Opowiadał o życiu żołnierzy, ich troskach i zmartwieniach, a jednocześnie o bezsilności, jaką większość z nich odczuwa. Zapytano go, co właściwie robi w Iraku. Czy jego obecność tam nie kłóci się z powołaniem, jakie wybrał. W rozmowie nastąpiła długa przerwa. Kapelan zastanawiał się nad odpowiedzią. Po chwili zręcznie ominął pytanie opowiadając o początkach inwazji. Przypomniał, że dowodów na powiązania tego kraju z atakami na Nowy Jork i Waszyngton było niewiele. Podobnie z obecnością broni chemicznej. Nawet jeśli jakieś ślady na potwierdzenie tych hipotez istniały, to były zbyt małe, by uzasadnić zbrojny atak. A potem zauważył, iż spora grupa mężczyzn z jego parafii zgłosiła się do wojska i postanowił wyjechać z nimi. Nie po to, by uczestniczyć w wojnie, ale by służyć pomocą wiernym. Chwilę potem, jakby zdając sobie sprawę z tego, iż nie odpowiedział precyzyjnie na pytanie, dodał coś, co nagrodziło oczekujących na konkretną odpowiedź. Zauważył, że zło już się dokonało. W tej chwili dla ludności Iraku i stacjonujących tam żołnierzy nie ma najmniejszego znaczenia, czy decyzja prezydenta USA była słuszna, czy nie. Kraj został zniszczony, ludzie tam nie są w stanie powrócić do normalności. Powiedział, że Stany Zjednoczone są odpowiedzialne za to, co teraz się tam dzieje i niemoralnym byłoby po prostu spakować się i wyjechać tylko dlatego, że tak życzą sobie osoby biorące udział w sondażach. Kapelan ten rozmawia, śmieje się, spożywa wspólne posiłki z żołnierzami. Każdego niemal tygodnia zmuszony jest odprawić pożegnalne nabożeństwo dla jednego z nich. Mimo wszystko uważa, że Stany Zjednoczone powinny poczuć się odpowiedzialne i jeszcze chwilę tam zostać. Jeśli nie naprawić, to chociaż dokończyć rozpoczęta pracę. O wielkich zmianach nikt już tam nie mówi. Nikt tak naprawdę za bardzo w to nie wierzy.
Nie wiem teraz komu wierzyć. Posiadającym władzę i podobno informacje z pierwszej ręki wielkim politykom. Wypowiadającym się na ten temat milionom mieszkańców tego kraju, którzy całą wiedze na ten temat czerpią z artykułów prasowych i konferencji wspomnianych wcześniej wielkich polityków. Czy może kapelanowi wojskowemu, który każdego dnia widzi Irak na własne oczy, rozmawia z jego mieszkańcami i okupującymi go żołnierzami.
Kiedy wyborcy zaufali politykom i wybrali tych, którzy w miarę szybko mieli zakończyć konflikt niekoniecznie chyba mieli na myśli bezwarunkowe wycofanie i zostawienie pozbawionych infrastruktury i perspektyw mieszkańców samym sobie. Na pewno nie chcieli też, by na siłę obcinano fundusze na dalsze działania tylko i wyłącznie w celu zaspokojenia ich wymagań. Każdy ma prawo, ale i obowiązek do rewidowania własnych poglądów na każdy temat. Może osoby, które oddały kilka miesięcy temu głos na natychmiastowy powrót wojska powinny się nad tym jeszcze raz, choć przez chwilę zastanowić.