----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

08 listopada 2007

Udostępnij znajomym:

Posłuchaj wersji audio:

00:00
00:00
Download

 

Rok przed wyborami większość Amerykanów jest przerażona z powodu kierunku rozwoju kraju, pesymistyczna co do wojny w Iraku i zaniepokojona sytuacją ekonomiczną. Dwie na trzy osoby ankietowane nie akceptuje poczynań prezydenta Busha. Niemal rok po przejęciu przez demokratów kontroli w Kongresie, troje na czworo Amerykanów twierdzi, że nie przyniosło to poprawy.

 

Jak dowodzi sondaż przeprowadzony w dniach od 12 do 14 października przez "USA Today" i agencję Gallupa, aż 72 procent ankietowanych wyraża niezadowolenie z obrotu rzeczy w Stanach, podczas gdy jedynie 26 procent jest zadowolonych. Od kwietnia nawet jedna trzecia Amerykanów nie była usatysfakcjonowana z rozwoju państwa, co jest najdłuższym okresem społecznego niezadowolenia od 15 lat.

"Nie zrozum mnie źle, Ameryka jest wspaniałym krajem," - twierdzi Lori Jones, lat 46, asystentka medyczna z Phoenix. Ale martwię się o finanse rodzinne i widoki dla następnego pokolenia. "Myślę, że jakoś się pogubiliśmy."  

Do przyszłorocznych wyborów jest jeszcze dużo czasu żeby nastroje się zmieniły, ale obecna sytuacja jest tego typu, że w przeszłości skłaniałaby do politycznych przewrotów i nominowania kandydatów alternatywnych. Przygnębiające nastroje były odnotowane ostatnim razem kiedy pierwszy prezydent Bush został wyparty z Białego Domu, a H. Ross Perot otrzymał najwyższy procentowo wynik jako kandydat partii alternatywnej w późnych latach 80. Wśród ekonomicznego niepokoju wybrano wtedy Billa Clintona.

 

A jaki będzie wpływ złych nastrojów społecznych na przyszłoroczne wybory? 

"Wolałbym być raczej kandydatem demokratycznym," - twierdzi Joel Aberbach, dyrektor Center for American Politics and Public Policy w UCLA. Demokratyczni kandydaci na prezydentów wypływają na chęci zmiany. Obecnie 53 procent sondowanych Amerykanów ma korzystną opinię o partii demokratycznej, a jedynie 38 procent odnosi się pozytywnie do partii republikańskiej.

"Przypomina to sytuację z 1952 roku," - zauważa David Mayhew, politolog z Yale i autor "Electoral Realignments", choć ostrzega, że jest za wcześnie by przewidzieć rezultaty wyborów. "Wojna koreańska była bardzo niepopularna, administracja Trumana była bardzo niepopularna, a ludzie chcieli kamienie rzucać na stolicę." W tym roku demokraci stracili Biały Dom i kontrolę w Kongresie.

 

Teraz, jak i wtedy, dzieląca społeczeństwo wojna rzuca cień na nastroje narodu 

Irak dominuje na scenie politycznej. Czterech na dziesięciu ankietowanych Amerykanów ujawnia, że wojna w Iraku będzie jedną z najważniejszych kwestii decydujących o tym jak będą głosować w roku 2008. To podwójnie więcej niż ci, którzy powołują się na drugi argument - opiekę zdrowotną.

Sześciu na dziesięciu Amerykanów określa inwazję na Irak jako pomyłkę, co zbliża się do poziomu antywojennych odczuć podczas konfliktu z Wietnamem. Pomimo raportów o postępie po podniesieniu liczby amerykańskich sił zbrojnych, większość twierdzi, że sytuacja w Iraku pogarsza się dla Stanów Zjednoczonych. Tylko 16 procent jest zdania, że się polepsza.

W rozmowach z czterema mieszkańcami na terenie kraju - na targu w Salem, w Oregonie, przed biblioteką publiczną w Phoenix, w kompleksie sklepowym i na przystanku autobusowym w śródmieściu Milwaukee, a także przy stoliku w New Jersey - Amerykanie rozmawiali o tym, co dalej począć w Iraku.

Żadna z kilkunastu sondowanych osób nie była optymistyczna, że następny prezydent, ktokolwiek zostanie wybrany, będzie w stanie odwrócić militarny stan rzeczy albo wycofać wojska bez poważniejszych komplikacji, a nawet chaosu.

"Następnej osobie, która nadejdzie, zajmie co najmniej osiem lat by uporządkować sytuację" - zapowiada Geraldine Buie, lat 49, pracownik kuchni w Milwaukee, która chce wycofania amerykańskich wojsk już zaraz.

"Z jednej strony ludzie mówią, że powinniśmy się wycofać, ale jeśli się wycofamy, to wszystko się zawali i niczego nie osiągniemy," - mówi Antonio Carlos, lat 24, student z Phoenix. "Poświęciliśmy już temu sześć lat. Czy mamy się już poddać? Ale jednocześnie, czy mamy środki (by kontynuować)? I czy chcemy by nasi ludzie umierali tam na lewo i na prawo?

 

Nie wszyscy mają tak przerażający pogląd na przyszłość 

"Myślę, że sprawy mają się dobrze," - mówi Tanya Rider, lat 32, pielęgniarka z Salem, jakkolwiek martwi się o swojego brata i swojego najlepszego przyjaciela, obu w służbie wojskowej w Iraku. "Zatrudnienie się polepsza. Jest mniej bezdomnych." (The National Alliance to End Homelessness informuje, że trudności z oszacowaniem liczby bezdomnych uniemożliwiają potwierdzenie czy ich liczba się zmniejszyła.)

Jak można łatwo przewidzieć, ci, którzy określają ekonomię jako dobrą są bardziej zadowoleni z kierunku rozwoju niż ci, którzy uważają ją za złą. Zamożni Amerykanie są bardziej zadowoleni niż ci o niższym dochodzie. Konserwatyści są bardziej usatysfakcjonowani niż liberałowie, i mężczyźni bardziej niż kobiety.

Jednak nawet w najbardziej optymistycznej kategorii demokratycznej większość jest niezadowolona z kierunku rozwoju, włączając na przykład 55 procent republikanów. Wśród demokratów konkluzja jest niemal uniwersalna: 84 procent uważa, że rzeczy mają się źle.

"Wojna w Iraku jest w jasny sposób poważnym obciążeniem publicznego odczucia jak wiedzie się w kraju" - mówi Lawrence Jacobs, dyrektor Center for the Study of Politics and Governance w University of Minnesota. "Istnieje też długofalowy wpływ na gospodarkę. Ogólnie ekonomia ma się zupełnie dobrze, ale odczucie niebezpieczeństwa, poczucie niepokoju na temat tego co może nieść ze sobą przyszłość - to ma wpływ ujemny."

 

Opinie o stanie bieżącej gospodarki, jakkolwiek obniżone, są nie gorsze niż były rok przed wyborami prezydenckimi w roku 1992, 1996 i 2004 

Negatywne nastroje są powodowane przez pesymizm dotyczący przyszłości: dwie trzecie ankietowanych przewiduje, że warunki ekonomiczne się pogorszą, co stanowi statystycznie najwyższą liczbę od roku 1992.

Podczas dyskusji w New Jork tylko jeden z 11 uczestników szukał pracy: reszta była emerytowanych albo posiadających zatrudnienie, większość na stanowiskach, które im odpowiadały.

Ale Bob Cohen, lat 61, stwierdził, że jest "przerażony sytuacją demograficzną w kraju" i presją, którą nadchodząca emerytura pokolenia "baby boom" nałoży na Social Security.

Tish Ferguson, lat 48, menedżer rekrutacji, mówi, że "pracuje ona w dziedzinie, w której obawia się recesji".

Eugene Kelsey, lat 82, wypowiadał alarmistyczne poglądy na temat wpływu nielegalnej imigracji na amerykańską kulturę.

Amerykanie są bardziej posępni jeśli chodzi o ekonomię niż ekonomiści. Według tradycyjnego miernika - porównania wyników poprzednich kwartałów -kraj nie znajduje się w stanie recesji. Ale ponad jedna trzecia ankietowanych twierdzi, że tak jest. Co czwarta osoba sądzi, że recesja jest prawdopodobna w następnym roku.

Dla wielu Amerykanów dobre wiadomości ekonomiczne o stałym wzroście i niskim bezrobociu i inflacji zostały przesłonięte przez rosnące koszty benzyny, zamieszanie na rynku sprzedaży nieruchomości i niepewność dotyczącą ubezpieczenia medycznego.

"Ciągle słyszę, że są pozytywne wskazówki w ekonomii," - twierdzi Dave Hendrick, lat 30, woluntariusz z Milwaukee. "Trudno mi to zrozumieć kiedy widzę rosnącą liczbę przejęć domów przez banki."

Opinie na ekonomię różnią się znacznie w zależności od regionu. Nastroje są najlepsze na Południowym Zachodzie i Rocky Mountains, gdzie 46 pro- cent określa gospodarkę jako dobrą podczas siedmiu sondaży przeprowadzonych przez agencję Gallupa od maja.

Nastroje są najczarniejsze na terenie Great Lakes, gdzie jedynie 31 procent uznaje ekonomię za dobrą. Zatrudnienie jest tego istotną przyczyną, jako że region próbuje się odrodzić po zamknięciu fabryk. Michigan ma najwyższe bezrobocie w kraju; a Ohio znajduje się na piątym miejscu.

Na północnym krańcu Środkowego Zachodu ludzie są "sfrustrowani za sprawą (narodowego) zadłużenia, sfrustrowani wojną, sfrustrowani systemem opieki zdrowotnej, który wydaje się kruszyć," - twierdzi były gubernator Wisconsin, Tommy Thompson, który w sierpniu porzucił starania o republikańską nominację prezydencką. "Ludzie chcą żeby ktoś czegoś dokonał. Nie chcą, by problemy były odsuwane, a to właśnie widzą w Washingtonie."

Zarówno prezydent jak i Kongres otrzymują historycznie niskie wyniki, co jest kolejną oznaką niezadowolenia z kierunku rozwoju kraju i wskazówką możliwego przewrotu politycznego w przyszłości.

Od czasu drugiej wojny światowej żadna partia nie potrafiła utrzymać Białego Domu posiadając prezydenta, którego popularność wynosiła mniej niż 45 procent na rok przed wyborami. Popularność Busha wynosi obecnie 32 procent.

Kongres wypada w sondażach jeszcze gorzej. Wskaźnik jego aprobaty w sierpniu spadł do 18 procent, jednego z najniższych w historii Gallupa. Obecnie wzrósł do ciągle przerażającego poziomu 29 procent.

Etyczne skandale i opozycja wobec wojny w Iraku doprowadziły do przejęcia Izby i Senatu przez demokratów w ostatnich wyborach listopadowych, ale ocena Kongresu nie poprawiła się od tego czasu. Niezadowolenie jest szeroko rozpowszechnione i dotyczące obu partii: 76 procent ankietowanych twierdzi, że Kongres osiągnął "niezbyt wiele" albo "nic wcale" w bieżącym roku. Wśród tych, 73 procent obwinia obie partie w równym stopniu.

Jakkolwiek demokratyczni i republikańscy wyborcy zgadzają się z tym, że Kongres nie robi zbyt wiele, to mają na myśli odmienne priorytety działania.

Najważniejszymi kwestiami dla demokratów są Irak i opieka zdrowotna, ale bez względu na zmianę kierownictwa Kongres nie był w stanie odwrócić kursu Busha w Iraku czy przezwyciężyć weto prezydenckie w sprawie wzrostu funduszy na opiekę zdrowotną dla dzieci. Dla republikanów wiodące kwestie obejmują nielegalną imigrację, która również ugrzęzła w Kongresie.

 

Jeśli w grę wchodzą wybory prezydenckie, krajowy posępny nastrój sprzyja demokratom

Amerykanie, którzy są niezadowoleni z kierunku rozwoju - niemal trzy czwarte populacji - są dwukrotnie skłonni wesprzeć demokratycznego kandydata. Ci, którzy są zadowoleni prawdopodobnie wesprą kandydata republikańskiego.

Były burmistrz New York, Rudi Giuliani, który przewodzi republikanom, jest popierany przez co czwartą osobę z tych, które są zadowolone z rozwoju kraju, ale jedynie jedną na dziesięć z osób niezadowolonych. Jego ogólne poparcie jest podzielone po równo pomiędzy obie strony.

Demokratyczna kandydatka, Hillary Rodham Clinton, jest wspierana przez jedną trzecią niezadowolonych z kierunku rozwoju kraju. Jej zwolennicy, w stosunku 5 do 1, są niezadowoleni z tego jak sprawy się mają.

Historia dowodzi, że ujemne nastroje społeczne będą stanowić prawdopodobnie spore wyzwanie dla następcy Busha, kimkolwiek on będzie. Wybór nowego prezydenta, nawet z opozycyjnej partii, nie podniesie automatycznie ducha narodu.

Satysfakcja z kierunku rozwoju kraju spadła do najniższego w historii poziomu 12 procent w 1979, przyczyniając się do pokonania prezydenta Cartera i wyboru Ronalda Reagana w następnym roku. Ale dopiero w grudniu 1984 roku większość Amerykanów wyraziła ponownie zadowolenie.

Podobnie poziom aprobaty społecznej spadł do historycznie niskiego poziomu w 1992, powodując wyparcie Busha seniora i wybór Billa Clintona. Ale dopiero w roku 1998 procent zadowolenia przekroczył ponownie 50 procent.

Zapytaj co dobrego dzieje się w Stanach Zjednoczonych, a mieszkańcy New Jersey uczestniczący w sondażu muszą się zatrzymać i zastanowić. Grupa spotkała się w siedzibie Asbury Park Press w Neptune, w New Jork.

"Wśród młodzieży jest duże poparcie dla równości prawnej, dla tolerancji," mówi George Zilbergeld, lat 66, politolog z Montclair State University.

"Od 9/11 nie mieliśmy ataku terrorystycznego na nasz kraj," - zauważa Eugene Kelsey, emerytowany właściciel restauracji z Freehold.

Ale wystarczy zapytać co się dzieje złego, i wszyscy zaczynają mówić jeden przed drugiego.

Wojna. Rozwarstwienie pomiędzy zamożnymi i biednymi. Polityczna korupcja. Tylko jedna osoba podnosi rękę kiedy pytanie dotyczy tego czy następna generacja będzie miała lepsze życie niż obecna - klasyczna obietnica Ameryki.

"Mamy ludzi, którym się bardzo, bardzo powodzi i ludzi bardzo, bardzo biednych," - mówi Tom Loughran, lat 66, informatyk z Brick, w New Jork. "Wolałbym raczej widzieć większość ludzi będących w stanie zachować jakiś rozsądny standard życia pośrodku."

Inni wyrażają nieznaczny optymizm, że nowy prezydent może odwrócić problemy. Paula Cohen, lat 61, dyrektor kadr w firmie żywieniowej, twierdzi, że podchodzi do wyborów "z biciem serca."

"Podziały, niski poziom i zawziętość naszej kultury politycznej", jak się wydaje, będzie kontynuowany po zakończeniu wyborów, stwierdza jej mąż, Bob Cohen.

"A już następnego dnia po wyborach" - przewiduje za ogólną zgodą, "opozycyjna partia rozpocznie kampanię do następnych wyborów prezydenckich."

 

Na podst. "U.S. News & World Report" oprac. E.Z.

 

----- Reklama -----

KD MARKET 2025

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor