Niewątpliwie trudne ekonomicznie czasy zmuszają wszystkich do oszczędności. Jednak w niektórych przypadkach na siłę poszukuje się przykładów świadczących o tragicznej sytuacji i tylko pogłębia atmosferę katastrofy. Przykładem może być wielki tytuł w jednym z lokalnych dzienników informujący o tym, że pudełka ciasteczek sprzedawanych przez dziewczęta z organizacji Girl Scouts będą w tym roku mniejsze. A jeśli nie będą mniejsze, to ciasteczka wewnątrz będą już mniejsze na pewno. Straszne.
Kiedy przed prawie 10 laty wszystkie mleczarnie w kraju w poszukiwaniu zysków zmniejszały o połowę rozmiar jogurtów zachowując ich wcześniejszą cenę, nikt nie płakał. Podobny los spotkał masło, śmietanę i wiele innych produktów. Na taki sam krok zdecydowali się wytwórcy środków chemicznych i słodyczy. Jedynie opakowań jaj nie udało się skurczyć. Kury nie chciały znosić mniejszych, a specjaliści od marketingu nie potrafili przeforsować „nowego tuzina" składającego się nie z dwunastu, a z dziesięciu nowych, lepszych i ładniejszych sztuk. Wtedy nie było kryzysu, więc tego typu działania były wyłącznie poszukiwaniem zysków. W tej chwili są ratowaniem firm.
Oczywiście niektórzy mają problemy i to poważne. Kuleje rynek nieruchomości, a w związku z tym brakuje pracy dla budowniczych. Mniej kupujemy, więc transport radzi sobie nieco gorzej. Lista jest długa. Z drugiej strony niektórzy na kryzysie zyskują, i nie mówię w tej chwili o spekulantach giełdowych. W czasach kryzysu zaczynamy oszczędzać. Wiąże się to nie tylko z kupowaniem mniejszej liczby artykułów, ale także z kupowaniem tańszych rzeczy. Prawdopodobnie niedługo zbankrutują ekskluzywne salony mody i drogie sklepy sieciowe. Jednocześnie swe zyski podnoszą producenci i sprzedawcy tanich ubrań, butów, żywności. Odżywają nagle sklepiki z używanymi płytami i grami komputerowymi. Kwitnie handel w sieci, zwłaszcza na aukcjach, które w większości i tak kontrolowane są przez duże sklepy.
Zamiast nowego samochodu możemy kupić używany lub nie kupić go w ogóle. Zamiast dwudziestu par butów możemy mieć pięć. Jeść jednak trzeba. Ci, którym w czasach kryzysu powodzi się lepiej nigdy nie przyznają się nam do tego. Moglibyśmy przestać korzystać z ich usług choćby z zawiści.
Sieci restauracji szybkiej obsługi zaczynają wydzielać nam opakowania sosu pomidorowego, majonezu i musztardy. W regularnych restauracjach kupując na wynos obiad musimy zaznaczyć, że chcemy otrzymać również plastikowe sztućce i serwetkę. W coraz większej liczbie barów nie podkłada się pod szklankę zimnego piwa papierowej tacki. Wiele w ten sposób się nie zaoszczędzi. Chodzi o to, że w obecnych czasach zostanie to przez klientów przyjęte ze zrozumieniem. Wcześniej spowodowałoby wzburzenie i przenosiny do konkurencji.
Trochę denerwować zaczynają mnie reklamy radiowe i telewizyjne. Co druga odnosi się do kryzysu i informuje, że w związku z trudną sytuacją firma „xyz" niesie pomoc. Dealer samochodowy obiecuje pomoc w zmniejszeniu spłat na samochód. Czemu nie powie szczerze, że weźmie stary i sprzeda nam inny - tańszy. Różnicę dołożymy do nowej pożyczki, rozłożymy na maksymalną liczbę lat i spłaty będą przyjemniejsze. Biuro pożyczkowe chce nam pomóc w zmniejszeniu spłat na dom. Przecież nikt nam nie się nie dołoży, tylko musimy trochę pokombinować. Jeśli zostało nam do zapłacenia 60% wartości w okresie 20 lat, to zrobimy nową pożyczkę na tę sumę na kolejne trzydzieści, włożymy w nią koszty tej transakcji, a miesięczne raty i tak będą niższe. Nie można tego powiedzieć wprost, tylko trzeba od razu „nieść pomoc"? Na rynku jest naprawdę niewiele firm, które mogą udzielać określonych pożyczek korzystając z federalnych funduszy. Reszta to kombinowanie.
Skoro mówimy o próbach uratowania swego domu przed odebraniem przez bank to warto przyjrzeć się, co robią mieszkańcy Florydy. Wszystko zaczęło się od Kathy Lovelace, która przestała płacić raty pożyczki. Nie miała pieniędzy. Bank rozpoczął proces przejmowania jej nieruchomości. Wtedy właśnie wpadła ona na pomysł, by zażądać oryginalnych dokumentów sprzedaży, na których widnieje jej podpis.
Wszystko wydawało się proste. Bank wysłał odpowiednie zapytanie do jednego ze swych oddziałów, ten z kolei zwrócił się do instytucji, od której odkupił pożyczkę, ta zaczęła szukać firmy, z jaką prowadziła interesy, itd. Mija już kilka miesięcy, a odpowiednich dokumentów nie ma. Okazało się, że przez ostatnie prawie 20 lat, gdy rynek nieruchomości i związanych z nimi pożyczek przeżywał rozkwit, miliony pożyczek były przekazywane z instytucji do instytucji. Często w tym czasie właściciel naszego zadłużenia zmieniał się kilkudzisięciokrotnie. Tak jest. Dotarcie do pierwszej, udzielającej nam kredytu firmy nie jest łatwe. Mogła się przenieść, mogła się zapaść pod ziemię. W innych przypadkach mogła wyrzucić niepotrzebną dokumentację lub po prostu ją zgubić.
Kathy Lovelace jest cierpliwa. Mówi, że spokojnie poczeka na to, aż bank udowodni jej, że nieruchomość, w której mieszka do niego należy. Ten niewielki, oryginalny podpis jest jedynym na to dowodem.
Zachęceni powodzeniem tej akcji inni właściciele zadłużonych domów zaczęli działać podobnie. W całym stanie, a chodzi wciąż o Florydę, spadła nagle liczba nieruchomości odbieranych przez banki. Do czasu oczywiście. Sprawa trafiła do sądu i prawdopodobnie, choć wymaga to nieco czasu, zostanie rozpatrzona na korzyść instytucji finansowych. Daje to jednak nie mającym pieniędzy na spłaty ludziom czas na ich znalezienie, czy poszukanie innych sposobów ratunku. Absolutnie nie zachęcam, by robić to samo, gdyż wiemy doskonale, że w podobnych sytuacjach i tak zwykle wygrywa większy i bogatszy - w tym przypadku bank. Przypominam tę historię tylko dlatego, by pokazać, że ludzie jakoś sobie radzą.
Z drugiej strony zawsze istnieje szansa, że sąd przyzna rację właścicielowi i domagać się będzie odpowiedniego dokumentu, który zaginął lub przestał istnieć. Co wtedy?
Miłego weekendu.
Rafał Jurak