W trakcie nieszczęsnej transformacji Michaela Jacksona z ikony muzyki pop do pożywki tabloidów, jedną z najbardziej powszechnych linii ataku był jego zmieniający się wygląd, sposób, w jaki dramatycznie pojaśniała jego skóra, a twarz nabrała innej struktury. Najbardziej tragiczne w odniesieniu do śmierci Jacksona jest to, że to właśnie wszyscy będą pamiętać. A nie, że odmienił muzykę pop.
Jackson po raz pierwszy zyskał popularność jako najmłodszy członek zespołu rodzinnego, Jackson 5. Szybko stał się centralnym punktem grupy ze względu na swój urok i głos. Niezwykłe było u niego to, że potrafił przekazywać młodzieńczą niewinność. Choć dla kilkuletniego chłopca nie było łatwym zadaniem przekazanie przenikliwych historii o miłości i stracie jak „I Want You Back” i „The Love You Save”, tak dobrze jak wykonywał urokliwe rymowanki soulowe, jak „ABC” i „Rockin’ Robin.” Prowadził zespół do czterech singli osiągających pierwszą lokatę na listach przebojów.
Ale jego przełomowe lata nadeszły po tym jak wyrósł z dziwnego dojrzewania. W wieku lat 20 Jackson zagrał w filmowej wersji The Wiz, kiedy to spotkał Quincy Jonesa, który zgodził się wyprodukować jego piąty solowy album, „Off the Wall.” Płyta była dojrzałym, seksownym połączeniem pop soul z ciężkim, tanecznym rytmem disco. Spędziwszy wczesne lata na borykaniu się z głosowym dojrzewaniem, bez wysiłku osiągnął dorosłość. Z pewnością pomocna była sprawność Jacksona w posługiwaniu się swoim głosem i dysponowanie kilkoma wspaniałymi piosenkami, wśród nich „Dont’ Stop ‘Til You Get Enough” i „Rock With You”, w których śpiewa o tym, co doskonale określa jego własną pracę nóg: „Kiedy tańczysz, jest to magia, którą musi być miłość.”
Jakkolwiek „Off the Wall” było zadziwiającym wyzwaniem artystycznym, to nie przygotowało nikogo na fenomen kulturowy, jakim był jego następny album, „Thriller.” Celem Jacksona było stworzenie albumu, w którym każda piosenka byłaby szlagierem. Niezupełnie mu się to udało, ale stworzył klasyczny album popowy, który fani żarliwie podchwycili (szacunkowo 100 milionów kopii na świecie) i który utwierdził jego status króla popu. W dobie MTV Jackson stał się pierwszym czarnym artystą, który stworzył rozległą bazę fanów wykorzystując swój wizerunek, a nie pomimo niego.
Kolejne albumy nie dorównały popularności „Thrillerowi”. Ale Jackson utrzymał talent do spektakli. Każde muzyczne wideo , które wydał, było dużym wydarzeniem, dlatego też statuetka wręczana za życiowe dokonania na dorocznych pokazach MTV nosi jego imię. Jako piosenkarz, autor piosenek, wykonawca, tancerz, Jackson należał do najbardziej utalentowanych, kreatywnych muzyków każdej rasy, którzy kiedykolwiek tworzyli. Jest to niezaprzeczalnym faktem, bez względu na to jak sam zmieniał się przez lata.
Przez długi czas był królem popu i prawdopodobnie ostatnim jakiego będziemy mieli. Przed Michaelem Jacksonem był Frank Sinatra, Elvis Presley i Beatles; po nim nie nastał absolutnie nikt, jakkolwiek znakomity czy popularny, kto nie mógłby być ignorowany przez rozległe segmenty jak nigdy podzielonej publiczności. Nie Kurt Cobain, nie Puffy, nie Mariah Carey, nie Celine Dion, nie Beyonce, ani nie Radiohead, nie nawet Madonna, jego najbliższa konkurentka. Kiedy rozeszła się wiadomość o jego śmierci, portal Twitter z powodu przeciążenia przestał działać, jakkolwiek Jackson nie nagrał hitowej piosenki przez lata. Bezsprzecznie jednak panował nad rynkiem rozrywkowym w latach 1980., a jego słynny „Thriller” pozostaje najlepiej sprzedającym się albumem wszechczasów. Jako solista zespoły Jackson 5, chłopiec w wieku poprzedzającym dojrzewanie, śpiewał swym cherubicznym mezzo-sopranem o seksualnej tęsknocie, której nie mógł jeszcze w pełni odczuwać. Jako młody mężczyzna, jakkolwiek znakomite i nawet namiętne było jego śpiewanie, nigdy nie posiadał seksualnej wiarygodności James Browna czy Wilsona Picketta, po części z powodu nadal wysokiego głosu, po części ponieważ nigdy nie wydawał się w pełni wyrażać siebie – kimkolwiek by nie był. W wieku średnim świadomie podjął się roli Piotrusia Pana, ze swym Neverland Ranch i atrakcjami parku rozrywki, ze swymi „przyjaciółmi” i z tym, w co wydawał się wierzyć było wiecznie młodym, obojnaczym fizycznym wyglądem – dzięki wyprostowanym włosom i operacjom plastycznym. Najlepiej jak mógł stworzył zastępczą rzeczywistość jako dodatek do tego, co początkowo musiało być przygnębiającym życiem: wyobraź sobie musical „Gypsy” z - jak Jackson wyznawał w wywiadach – fizycznie agresywnym ojcem na miejscu Mama Rose, umiejscowiony w scenerii świadków Jehowy. Nie wiadomo, czy muzyka czy też jego osobowość sceniczna była bardziej kreatywnym tworem.
Z perspektywy czasu, dokonania Jacksona zdają się być symboliczne. Był to czarnoskóry chłopiec z Gary, w Indianie, który ożenił się z córką Elvisa, zbudował Neverland na miejsce Graceland i wykupił katalog piosenek Beatles – co było odważnym aktem przywłaszczenia i mistrzostwa, jeśli nie niekwestionowanej agresji. (Rzecz jasna Elvis i Beatles wyszli także z tłumu, ale było to dawno, dawno temu.) Z symboli swego dystansu uczynił znaki firmowe: jego spacer księżycowy, taniec robotów i rękawiczki zdobione biżuterią – noli me tangere (nie dotykaj mnie). Przekształcił się z najbardziej zachwycającego wykonawcy dziecięcego (jego szlagierowy podkład muzyczny do filmu „Ben” był piosenką miłosną do ulubionego szczura) w najbardziej ponurego z supergwiad: nie poprzez adoptowanie kabotyńskiej osobowości, jak jego starsi rówieśnicy Alice Cooper czy Ozzy Osborne, ale uchylając się w realnej rzeczywistości od oskarżeń o molestowanie dzieci, z których jedno doprowadziło do procesu i uniewinnienia w 2005. (Jeden z psychiatrów doszedł do wniosku, że nie był on pedofilem, ale niemalże przypadkiem zatrzymania w rozwoju.) Epizod z roku 2002, kiedy wymachiwał swym synem Princem Michaelem II przed balkonem w Berlinie, na oczach zatrwożonych i zafascynowanych fanów, wydawał się jak zrytualizowaną próbą pozbycia się swego młodszego odpowiednika. I ostatecznie kilkanaście operacji plastycznych twarzy, choroba skóry, poważny spadek wagi, i Bóg wie co jeszcze, sprawiło, że wyglądał jak wampir jak i mumia – żyjące bliźniaki Piotrusia Pana. Tak jak szkieletowe, blade twarze wampirów z którymi tańczył w 14-minutowym teledysku Johna Landis pod tytułem „Thriller”. Kiedy ogląda się to dzisiaj, wygląda to jak cała scena pełna Michaelów Jacksonów, z których ten prawdziwy wygląda na najmniej znanego, najbardziej nierealnego z nich wszystkich.
Ale jakiekolwiek ściśle osobiste urazy psychiczne Jackson mógł odgrywać i przekształcać – wykonywał swój taniec śmierci jako centralna figura w amerykańskim pokazie horroru rasowego. Był on zasadniczo jednym z tych produktów czysto amerykańskich, które jak William Carlos Williams napisał w roku 1923 „oszalały.” Przyjmując podnoszący na duchu pogląd, przedstawiany po jego śmierci przez podobnych wielebnemu Alowi Sharptonowi, był ikoną ponadrasową, czarnoskórą osobą, którą biali Amerykanie zapisali w swych sercach i którego kolor skóry wydawał się przypadkowy – jak w przypadku Nat (King) Cole, Sammy Davis Jr, Sidney Poitier, Harry’ego Belafonte, Sam Cookie, Jimi Hendrixa, Arthura Ashe, Michaela Jordana, Oprah Winfrey, Tiger Woods i nieuchronnie Baracka Obamy. Jako piosenkarz - tancerz, przynależy on nie tylko do tradycji Jackie Wilsona, James Browna i Temptations – którzy wydawali się stanowić jego bezpośrednie inspiracje - ale również do tradycji takich wykonwców jako Fred Astaire i Gene Kelly, którzy, z kolei, czerpali z takich czarnoskórych wykonawców jak Bill (Bojangles) Robinson. W filmowej wersji The Wiz z roku 1978, Jackson nawet przywłaszczył sobie i przetworzył starą rolę Raya Bolgera jako Strach na Wróble. I jako mesjanistyczna globalna gwiazda, przypomina on swego teścia, Elvisa Presleya (który zmarł na długo wcześniej przed tym jak Jackson poślubił jego córkę), figurę przekraczającą granice rasy z drugiej strony palety kolorów. Kiedy pierwsze płyty Presleya były odtwarzane w radiu w Memphis, didżeje podkreślali, że ukończył on miejską Humes High School tylko dla białych, żeby słuchacze nie brali go za czarnego. Biorąc pod uwagę wszechobecność telewizji, nikt nie wziął młodego Michaela Jacksona o cienkim głosie za białego, ale wydawało się to, na pierwszy rzut oka, bez znaczenia.
Mimo to Jackson, jak zawsze mistrz, z pewnością wiedział, że część jego atrakcyjności dla białej widowni – która wniosła istotny wkład do rocznych zarobków od $50 milionów do $75 milionów w czasie największej sławy – osadzała się na jego wcześnie rozwiniętym uroku, i po osiągnięciu dojrzałości, na widocznym braku dorosłej seksualności. Był pełny energii, charyzmatyczny i nadzwyczaj uzdolniony, ale seksualnie nieasertywny – w odróżnieniu od dumnie heteroseksualnych czarnoskórych wykonawców męskich od Big Joe Turner („Shake, Rattle, and Roll”) do Jay-Z („Big Pimpin’?). Zneutralizował się także rasowo: z kręconych zmienił włosy na proste, wargi z pełnych na wąskie, nos z szerokiego na wystający, skóra z czarnej zmieniła się na upiornie bladą. Nie sposób nie zauważyć związków pomiędzy tymi formami neutralizacji płci, jeśli zna się historię amerykańskiego atawistycznego strachu przed seksualnością czarnego mężczyzny; morderstwo 14-letniego Emmetta Till w roku 1955, za flirtowanie z białą kobietą jest jednym z klasycznym przykładów. Miało to miejsce jedynie trzy lata przed urodzinami Jacksona; kiedy miał on 13 lat, śpiewał „Ben.” Nic dziwnego, że Jackson wybrał – z jakimkolwiek stopniem kalkulacji - przetworzenie się w amerykańskie marzenie niewinności i ukochania.
Nic dziwnego, że sztuczka ostatecznie okazała się przerażająca, a twarz ikony stawała się coraz bardziej trupia. Czytelnicy najnowszej powieści Toniego Morrisona pod tytułem „A Mercy” mogą pamiętać fragment, w którym afrykańska kobieta opowiada o swoim pierwszym wrażeniu na widok amerykańskich niewolników: „Widzieliśmy mężczyzn, o których myśleliśmy, że są chorzy albo umarli. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że to nieprawda. Ich skóra wprowadziła nas w błąd.” To Michael Jackson w dojrzałym wieku wyglądał jako „najczarniejszy” na oryginalej okładce albumu z 1970 pod tytułem „Off the Wall”. Od „Thrillera” transformacja się rozpoczęła. „Off the Wall” była jego deklaracją męskości: płyta wyszła zanim ukończył on 21 lat i był to największy czysto muzyczny moment. Dlaczego odczuwał tak głębokie niezadowolenie z siebie? Beznadziejne zadanie rzeźbienia i wybielania się na podobiznę białego człowieka sugerują głęboki wstręt do czarnoskórości. Jeśli Michael Jackson nie mógłby być okrzyknięty zdrajcą rasowym, to któż mógłby? W jakiś sposób jednakże czarnoskóra Ameryka przymknęła na to oczy i kontynuowała kupowanie jego płyt, prawdopodobnie dlatego, że jacyś Afro-Amerykanie ze swymi prasowalniami do włosów i kremami wybielającymi rozumieli dlaczego Jackson przetwarzał siebie samego, nawet jeśli nie potrafili tego zaakceptować.
Tak jak z Ernestem Hemingwayem, który jest jeszcze innym przypadkiem głęboko pomieszanej tożsamości i obojnaczej seksualności powinniśmy pominąć celowe tworzenie wyobrażenia i persony by docenić mistrzostwo. Nikt bardziej mistrzowski nigdy nie opanował sceny. W roku 1988 krytyk tańca z New York Times, Anna Kisselgoff, nazwała go „wirtuozem... który używa ruchu na swój własny użytek. Tak, Miachael Jackson jest awangardowym tancerzem, a jego tańce mogą być określone jako abstrakcje. Sam Astaire zadzwonił kiedyś do Jacksona z komplementami. Jako piosenkarz Jackson był zbyt bardzo kameleonem – przez delikatność „I’ll Be There” i surowość „The Way You Make Me Feel”, do jedwabistego smutku „She’s Out of My Life” – by przypieczętowywać każdą piosenkę swą wyraźną osobowością, jak robił to Sinatra, Ray Charles, czy Hank Williams. Ale byli to półbogowie – Jackson był zaledwie gigantem.
Jako muzyczny konceptualista prawdopodobnie jedynie James Brown miał porównywalny wpływ: Jackson i jego wizjonerski producent, Quincy Jones, połączył disco, soul i pop w sposób, który może być słyszalny co pół godziny na każdej stacji radiowej emitującej czołowe 40 szlagierów – jedynie nie tak dobrze. Tommy Mottola, były szef Sony Music, nazwał Jacksona „kamieniem węgielnym całego przemysłu muzycznego.” Najlepsze nagrania Jacksona wespół z Jonesem – „Dont’ Stop ‘Till You Get Enough,” „Billie Jean” – noszą znamiona swoich czasów, podobnie jak nagrania Sinatry w latach 1950. z aranżerem Nelsonem Riddle. Ale tak jak Sinatry „I’ve Got the World on a String” czy „In the Wee Small Hours of the Morning,” są tak doskonałe, że nigdy się nie zestarzeją.
W nocy przed śmiercią, Jackson odbywał próby w Staples Center w Los Angeles przygotowując się do epickiego powrotu – serii 50 koncertów, rozpoczynających się w lipcu w London O2 Arena. Jeśli brzmi to niemożliwie okazale, to weźmy pod uwagę fakt, że wszystkie 50 pokazów zostało wysprzedanych. Ludzie z jego otoczenia zastanawiali się czy rzeczywiście był w stanie temu sprostać, a uroczyste rozpoczęcie zostało już przełożone o tydzień. Miał przecież 50 lat, zbyt stary jak na wiecznie młodego chłopca, a po szczycie swej sławy upłynęło ćwierć wieku. Przez długie lata miał problemy ze zdrowiem. Również problemy z lekami: w roku 2007 apteka z Los Angeles zasądziła go, twierdząc, że był im winny $100,000 za dwa lata niepłacenia za leki na receptę. I problemy finansowe: w roku 2008 ranch niemal został przejęty przez bank, Jackson ponoć nie uiścił należności za dług wartości $24.5 milionów – i nawet pomimo $50 milionów zdał sobie sprawę z tego, że potencjalnie wyczerpujące koncerty w Londynie mogą wydawać się drobnymi pieniędzmi po latach glorii. Problematyczna była oczywiście sama jego egzystencja – jako syna, jako czarnoskórego człowieka. Czy możliwość powrotu w ostatnich latach, ponownego zmitologizowania siebie jeszcze raz, ekscytowała go tak bardzo jak jego fanów? Czy te magiczne momenty jego wykonania miały olśniewającą intensywność, która przeważała to, co często musiało być ciężkimi godzinami i dniami? Jakiekolwiek jego życie było odczuwane z wewnątrz, to z zewnątrz było manifestacyjnie pracą geniusza, bez względu na to, czy nazwiemy to triumfem czy pokazem dziwoląga. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy niczego takiego, czy to w artystycznej inwencji czy równie artystycznej kreacji samego siebie.
Na podst. „Newsweek” oprac. E.Z.