Woda to podobno samo zdrowie. Zwłaszcza w Chicago, dumnym z jej jakości. Czy rzeczywiście?
Według standardów EPA (Environmental Protection Agency), woda pobierana na potrzeby miasta z jeziora Michigan, uzdatniana, a następnie wysyłana do naszych kranów spełnia wszystkie normy. W skali całego kraju tylko kilka miejsc może poszczycić się podobnymi wynikami. Rzeczywiście, są one więcej, niż zadowalające, o czym od czasu do czasu przypominają władze miasta. Niedawno burmistrz Daley ponownie nazwał chicagowską wodę „czystą, odświeżającą, spełniającą wszystkie federalne wymagania”. Nie kłamał, gdyż według obowiązujących standardów taka właśnie ona jest.
Opublikowane w ubiegłym tygodniu raporty dotyczące jakości wody zadowalają nawet najbardziej wybrednych. Jednak brakuje w nich informacji na temat na przykład ludzkich hormonów płciowych, środków przeciwbólowych, nikotyny, czy środka DEET. Wszystkie te związki w coraz większych stężeniach występują w chicagowskiej wodzie pitnej. EPA ostrzega, że normy, którymi posługuje się w ocenie jakości wody stworzone zostały przed bardzo wielu laty i już dawno powinny być zmienione. Na liście zakazanych substancji brakuje bowiem wyżej wymienionych.
Kilka lat temu pojawiły się pierwsze doniesienia mówiące, iż w wodzie płynącej z naszych kranów znaleźć można różne, niebezpieczne elementy. Dopóki sprawą interesowały się media, zajmowali się też nią mieszkańcy i politycy. Temat zamknięto stwierdzeniem, iż skoro EPA uznaje poziom tych związków za nieszkodliwy, to nie powinniśmy się tym przejmować. Sprawa wygląda jednak nieco inaczej.
W 2008 r. wykonano cztery testy wody pitnej w naszym mieście. Wszystkie wykazały miedzy innymi ślady testosteronu - męskiego steroidowego hormonu płciowego, progesteronu – steroidowego żeńskiego hormonu płciowego, ibuprofenu – środka przeciwbólowego i przeciwzapalnego, nikotyny oraz DEET – środka owadobójczego używanego w rolnictwie oraz w preparatach przeciw komarom. W każdej spożywanej przez nas szklance wody znajdują się wszystkie. Każdego dnia wypijamy chemiczny koktajl, którego wpływu na nasz organizm tak naprawdę nie znamy. Do tej pory nie przeprowadzono bowiem odpowiednich badań, gdyż na ten cel potrzebne byłyby miliony dolarów. Nie wiadomo więc, czy i w jaki sposób długotrwałe spożywanie tych substancji w śladowych ilościach wpływa na nasze zdrowie, choć podejrzewa się, że skutki mogą być dla nas negatywne. EPA nie może wpisać ich na odpowiednią listę, gdyż nie ma dowodów, iż nam szkodzą. Stacje uzdatniania wody nie chcą zamontować drogich filtrów, gdyż nie wymaga od niech tego EPA, a każdy niepotrzebny wydatek publicznych pieniędzy spowodowałby protesty podatników. W ten sposób koło zamyka się.