Wyjeżdżając na kilkudniowy odpoczynek przekonany byłem, że wszystkie dzieci są nasze, wszystkie są kochane, wszystkie potrzebują opieki i wszystkim należy zapewnić równy start w dorosłe życie. Niezależnie od rasy i miejsca urodzenia. Nie trzeba mnie było również przekonywać, iż dzieci nie są odpowiedzialne za błędy dorosłych, nie odpowiadają za konflikty i nie można ich wykorzystywać w politycznej walce. Wierzyłem w to mocno...
Po powrocie z krótkich wakacji musiałem zmienić poglądy. Okazało się, że te sprzed kilku dni świadczą o niedorozwoju umysłowym, poglądach lewicowych i wrogości wobec tego kraju. Dzieci jednak dzielą się na lepsze i gorsze. Taki wniosek pojawił się u mnie po przeczytaniu kilkudziesięciu artykułów i wysłuchaniu kilku programów poświęconych tzw. dzieciom – kotwicom.
Temat pojawił się niespodziewanie. Wiele osób, włączając w to mnie, z kilkudniowym opóźnieniem usłyszało o planowanych zmianach 14. poprawki i poznało pełne, bardzo negatywne określenie używane wobec dzieci nielegalnych imigrantów. W ciągu kilku dni nadrobiłem prasowe zaległości i już uzbrojony w szczątkową na początek wiedzę, pozwoliłem sobie na wyciągnięcie własnych wniosków. Nie są one przychylne dla aktywistów antyimigracyjnych...
Określenie „dzieci-kotwice” zostało po raz pierwszy użyte kilka lat temu na antenie CNN przez pracującego wówczas w tej stacji Lou Dobbs`a - gospodarza programów telewizyjnych i radiowych, zwolennika silnego egzekwowania praw imigracyjnych, określającego własne poglądy jako „niezależny populizm”. To on zauważył jako pierwszy, że wiele nielegalnych rodzin stara się o urodzenie dziecka na terenie USA, po to, by zaraz po zaczerpnięciu amerykańskiego powietrza mogły sponsorować swych rodziców. Niewątpliwie takie przypadki mają miejsce, ale sugerowanie, że każde dziecko nielegalnych imigrantów jest wynikiem chłodnej kalkulacji, a nie owocem miłości jest chyba lekką przesadą. On sam poza stworzeniem tego określenia i naświetleniem problemu nie posunął się dalej. Zrobili to inni, ściągając dyskusję na tematy imigracyjne na samo dno.
Proszę wpisać w jakiejkolwiek przeglądarce internetowej „anchor babies”. Wyskoczy kilkaset tysięcy stron, na których nie przebierając w słowach anonimowi użytkownicy prowadzą dyskusję na ten temat.
Jednym z najbardziej obrzydliwych określeń jakie można znaleźć jest „inwazja przez macicę”. Słowa te padły z ust antyimigracyjnej działaczki z Kalifornii podczas wywiadu prasowego. Dla tych ludzi każdy imigrant jest uosobieniem zła. Nieważne, czy jest członkiem chicagowskiego gangu, czy płacącym podatki i żyjącym w zgodzie z prawem oraz przykazaniami ogrodnikiem, czy dwutygodniowym niemowlakiem.
Wiele razy w różnych miejscach dawałem do zrozumienia, że niektóre argumenty wysuwane przez tę stronę rozumiem. Niekoniecznie się z nimi zgadzałem, ale wiedziałem dlaczego są one wypowiadane. Czasy się zmieniają, zmienia się oblicze świata, poglądy, potrzeby, etc.
Podobnie z drugą stroną. Sympatyzuję z nią, gdyż sam jestem imigrantem i nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej. Czasami jednak zauważam pewne luki w wysuwanych argumentach lub niedorzeczne żądania na zasadzie „bo się należy”. Całą dyskusję imigracyjną staram się poznać z obydwu stron i na tej podstawie budować opinie. Tym razem jednak zarówno język, jak i argumenty jakimi posługują się działacze antyimigracyjni popchnął mnie całego w drugą stronę.
Senator Graham, republikanin z Płd. Karoliny uważa, że wszyscy nielegalni imigranci przyjeżdżają tu wyłącznie w celu urodzenia dziecka. Nie przyjmuje do wiadomości, że większość jednak poszukuje pracy lub dołącza do rodzin. Dlatego zaproponował zmianę prawa, konkretnie 14. poprawki dającej obywatelstwo urodzonym na terenie USA. Ma do tego prawo, nie byłby to pierwszy kraj, który taką zmianę wprowadził. Być może nadszedł czas na taka zmianę. Byłbym to w stanie zrozumieć.
Chodzi jednak o to, że Sen. Graham publicznie wyraża się o tych dzieciach bardzo źle, używając określeń nie przystających do reprezentanta amerykańskiego Kongresu. Nie interesuje się ich losem po wyrzuceniu poza granice wiedząc, że w większości przypadków nie mają one możliwości zdobycia innego obywatelstwa. Z góry skazuje je na tułaczkę, w większości przypadków biedę i brak miejsca, które mogłyby nazwać domem. Jako republikanin, podobno głęboko wierzący, wykazuje wyjątkowy brak współczucia dla innych.
Demonizowanie nielegalnych imigrantów, zrzucanie na nich wszystkich win i grzechów przybiera monstrualne rozmiary. W kraju tym toczy się polityczna walka, w której są oni wykorzystywani w perfidny sposób. Manipuluje się danymi, liczbami, odpowiednio dobiera informacje. Cel jest jeden – należy udowodnić, że są winni wszystkiemu. Pamiętam jak w innym stanie doszło do wypadku drogowego, w którym zginęła młoda kobieta. Kierowca drugiego pojazdu był pijany. W ciągu kilku dni dyskusja na temat jazdy po pijanemu przeniosła się na imigrację, gdyż mężczyzna ten był tu nielegalnie. Nieważne, że tego samego roku doszło w tym samym stanie do ponad 300 podobnych wypadków, w których kierowcami byli obywatele. Po dwóch miesiącach dyskusji można było odnieść wrażenie, że po pijanemu jeżdżą wyłącznie osoby nie posiadające dokumentów pobytowych.
Teraz jest podobnie. Wszystkie nielegalnie przebywające tu matki są złe i rodzą dzieci wyłącznie dla własnych papierów. Te dzieci też są złe, bo mają złe matki i wykorzystują prawo. Logika godna idioty. Te same, niewinne niczemu dzieci, trafiając później do szkoły będą od razu marginesem, dzieckiem kotwicą, odrzuconym przez społeczeństwo, wskazywanym palcem przez „światłych” polityków. Czuję głęboki wstręt do posługiwania się dziećmi w ten sposób. To nie jest już dyskusja o budowie muru na granicy, ani o nowych przepisach w Arizonie. To zupełne dno.
O pewnych rzeczach wygodnie jest nie pamiętać, albo świadomie zapomnieć. Na przykład o tym, że dziecko nie może sponsorować rodziców przed uzyskaniem pełnoletności. Oraz o tym, ze taki rodzic i tak nie dostanie dokumentów przez dziecko, bo obowiązywać go będzie kara 10 lat zakazu wjazdu do USA jeśli pojawił się tu bez wizy. Albo o tym, że ta straszna liczba 10 milionów nielegalnych imigrantów to zaledwie 4 proc. społeczeństwa tego kraju. Urodzone tu ich dzieci to zaledwie 6 proc. wszystkich uczęszczających do szkół. Albo o tym, że nielegalni imigranci stanowią zaledwie 4 proc. mieszkańców w wieku produkcyjnym. No niemal potop.
Miłego weekendu.
Rafał Jurak