Rząd federalny zaczyna zajmować się coraz bardziej trywialnymi sprawami. Owszem, czasami rozporządzenia płynące z Waszyngtonu są bardziej sensowne od lokalnych postanowień i w wielu przypadkach obecność nadrzędnego prawa uchroniła nas przed głupawymi posunięciami mniejszych samorządów, ale nie zawsze.
Do 2018 r. drogowe tablice z nazwami ulic we wszystkich miastach Stanów Zjednoczonych mają wyglądać tak samo. Taka przynajmniej padła propozycja i wszystko wskazuje na to, że zostanie przegłosowana. Chodzi przede wszystkim o osoby starsze i niedowidzące, które mają problem z odczytywaniem znaków drogowych, a zwłaszcza nazw ulic, które w jednym mieście są białe z czarnymi napisami, w innym zielone z białymi, czasami brązowe z żółtymi.
Ich kolor nie jest jednak największym problemem dla rządu federalnego, ale rozmiar liter, które obecnie nie mogą być mniejsze, niż 4 cale, a także ze zbyt artystyczna czcionka w niektórych przypadkach.
Wydaje mi się, że osoby, które nie są w stanie dostrzec napisów na znakach drogowych, czy to ze względu na wiek, czy wadę wzroku, nie powinny w ogóle za kierownicą siadać. Jednak jestem w zdecydowanej mniejszości. Nie jestem natomiast sam, gdy do sprawy podchodzę z ekonomicznego punktu widzenia.
Nie można bowiem zgodzić się na narzucony wydatek milionów dolarów na prawie nikomu niepotrzebny zabieg. Zwłaszcza, że 99 proc. lokalnych budżetów znajduje się pod kreską, co w przeciwieństwie do budżetu federalnego jest niedozwolone. Kraj może swój deficyt przez lata liczyć w miliardach. Niewielkie miasto lub powiat w obliczu brakujących milionów zaczyna pochylać się nad przepaścią ograniczając wydatki na szkoły, policję, czy straż pożarną. Sytuację najczęściej rozwiązuje się podniesieniem lokalnych podatków i jeszcze większym ograniczeniem siły nabywczej naszych zarobków.
Czy rząd federalny powinien narzucać miastom i miasteczkom jednolity wygląd tabliczek z nazwami ulic? Myślę, że nie, bo to akurat nadaje odmiennego charakteru każdej z miejscowości. Przecież znaki drogowe są dla wszystkich takie same, więc niech chociaż ulice czymś się różnią. Ale w innych krajach jednolite napisy nikomu nie przeszkadzają, więc można poeksperymentować.
Mówimy o sporych wydatkach i latach transformacji starych tablic na nowe. W połowie lat 90. położone w stanie Kolorado Denver postanowiło wymienić tablice z nazwami ulic. Były stare i brzydkie, więc przy okazji zmieniono nieco ich wygląd. Operacja zakończyła się dopiero niedawno i kosztowała grube miliony dolarów. Pamiętać jednak należy, że pomysł pojawił się w okresie prosperity i funduszy nie brakowało. Na szczęście nowy projekt spełnia nowe wymagania – litery maja powyżej 6 cali, odpowiednią czcionkę, tło oraz wystarczająco odblaskową farbę. Stało się tak przypadkiem. Gdyby jednak nowe prawo federalne weszło w życie za kilka miesięcy, a Denver kosztem kilku milionów wyprodukowałoby za małe litery lub złe tło, cała operacja musiałaby być przeprowadzona od początku.
Kolejne miasteczka w okolicach Chicago w ramach łatania dziur budżetowych wyrzucają z pracy policjantów, likwidują pozaszkolne programy, ograniczają odśnieżanie ulic. Wyobraźmy sobie sytuację, gdy mieszkańcy muszą zapłacić więcej w podatkach na nowe tablice z nazwami ulic... Może pocieszy nas fakt, że za wymiana tablic drogowych w całym kraju stoją tysiące, a nawet setki tysięcy miejsc pracy. W fabrykach je produkujących, w ekipach je montujących oraz komisjach badających realizacje projektu.
Gdy jedni pracę zyskują, inni ją tracą. Na dwa tygodnie przed świętami do grupy bezrobotnych w San Francisco dołączył św. Mikołaj.
Okazuje się, że nie tylko dzieci lubią siadać na kolanach św. Mikołaja i prosić go o prezenty. Dorośli również, co miało miejsce w popularnym sklepie Macy`s w tym mieście.
Niestety, Mikołajowi trafiła się wyjątkowo...trudna para. Chciałbym użyć tu innego określenia, ale nie mogę. Małżeństwo po rozgonieniu zebranych w kolejce dzieci wpakowało się mu na kolana i robiąc sobie zdjęcia rozpoczęło ze świętym krótką pogawędkę. Mikołaj też człowiek, więc z uśmiechem z nimi rozmawiał.
Następnego dnia już nie pracował, gdyż wspomniane małżeństwo doniosło do dyrekcji sklepu, iż opowiadał kawały niegodne Mikołaja. Sprośne podobno. O sprawie zrobiło się głośno. Powstały komitety obrony i poparcia. Obydwu stron, o czym należy wspomnieć. Czołowi dziennikarze San Francisco porzucili tematy ekonomiczno - zbrojeniowe, by przybliżyć swym czytelnikom sytuację na froncie w Macy`s.
Okazało się, że nie było sprośnych kawałów, ale krótka wymiana wesołych zdań pomiędzy trójką dorosłych, bawiących się w dzieci. Święty zapytał, czy małżeństwo było grzeczne w tym roku. Odpowiedź twierdzącą skomentował jednym słowem: Szkoda...
Siedząca mu na kolanach kobieta zapytała, czemu Mikołaj zawsze jest wesoły, na co on odpowiedział: Bo wiem gdzie mieszkają niegrzeczne dziewczynki i chłopcy.
Reszta zdań wyglądała podobnie.
Właściwie o sprawie nie byłoby głośno, gdyby nie fakt, że osoba od 20 lat wcielająca się w rolę siwobrodego staruszka w tamtejszym Macy`s jest wszystkim doskonale znana. Każdego roku mężczyzna mieszkający na co dzień w innym stanie przenosi się w okresie świąt do San Francisco, by odtwarzać swą ulubioną postać. Podobno jest doskonały w tym co robi.
Skarga, która spowodowała jego zwolnienie była pierwszą w ciągu 20 lat. Przez nikogo nie potwierdzone zarzuty w krótkim czasie doprowadziły do zwolnienia z pracy. Niektórzy twierdzą, że uratować go mogły jedynie związki zawodowe. Zawsze to sporo papierków do wypełnienia i konsekwencje finansowe. Niestety, związek Mikołajów jest luźną, liczącą na przychylność otoczenia organizacją. Dlatego Mikołaj z San Francisco ma tylko jedno życzenie świąteczne, by znaleźć pracę. Miłego weekendu.
Rafał Jurak