----- Reklama -----

Rafal Wietoszko Insurance Agency

03 marca 2011

Udostępnij znajomym:

Jakie tytuły i nazwiska przychodzą nam do głowy, gdy trzeba wymienić paru znanych pisarzy amerykańskich? Oczywiście „Stary człowiek i morze” jest zawsze na podorędziu i parę innych jeszcze tytułów Hemingwaya – warto by zresztą zbadać skąd wziął się ten fenomen wiecznej popularności tego autora wśród Polaków. Potem już tylko gorzej. Z trudem przypominamy sobie Paragraf 22, Rzeźnię numer pięć, Świat według Garpa czy Zabić drozda. To nie jest kraj dla starych ludzi kojarzymy głównie dzięki wersji filmowej, a Philipa Rotha dzięki skandalizującemu swego czasu Kompleksowi Portnoya.

Dlaczegóż jednak mielibyśmy znać jeszcze więcej amerykańskich autorów, skoro wielki i uznany John Irving bez żadnego obciachu przyznaje się w jednym z ostatnich wywiadów, że w ogóle nie zna żadnego polskiego pisarza i nie jest w stanie przytoczyć choćby jednego polskiego twórcy, co jest jednak dosyć smutne, biorąc pod uwagę, że czyta sporo, a jakoś nic znad Wisły mu na biurko nie zawinęło.

Rzeczywiście – idąc tym tropem, nie mamy żadnego obowiązku znać nikogo i niczego, co zresztą czynimy dosyć skutecznie, bo trudności mamy przecież nie tylko z wymienieniem pary ważnych pisarzy amerykańskich, ale o spory zawrót głowy przyprawia nas podobne zadanie polegające na próbie zestawienia choćby pary nazwisk z młodego pokolenia pisarzy polskich. Jeszcze Pilcha, Kuczoka, Tokarczuk i Gretkowską jakoś wydukamy, ale potem już tyko głucho i ciemno wszędzie.

Bo rzeczywiście po co i niby dlaczego? Otóż jest na to pytanie odpowiedź, a nawet parę dość krótkich odpowiedzi, ale nie będziemy ich tutaj przytaczać, bo sensowniej chyba jednak będzie, gdy zastanowimy się nad tym, co w najnowszej prozie amerykańskiej się dzieje, i kto w niej „miesza” najbardziej.

Adam Krzemiński dawno temu, bo w 2004 roku pisał w Polityce o czwórkowym schemacie dziania się w amerykańskiej powieści:

 

„Wielcy pisarze amerykańscy chadzają czwórkami. Faulkner, Hemingway, Caldwell i Steinbeck w latach pięćdziesiątych.

Pynchon, Updike, DeLillo, Gaddis w siedemdziesiątych.

A teraz – jak twierdzi krytyka – postpostmoderniści: Jonathan Franzen, Jeffrey Eugenides, David Foster Wallace, Richard Powers. [...]

Kto następny? Krytycy już wskazują na Arthura Phillipsa, Johna Griesemera, Williama T. Vollmanna. Ta nowa generacja wydaje się bardzo poważna. Tak w każdym razie twierdzi trzydziestolatek Jedediah Purdy, który już w 1999 r. wystąpił z filipiką przeciwko nadmiernej ironii w literaturze amerykańskiej, podobno kryje się za nią „lęk przed zdradą, rozczarowaniem i upokorzeniem”.

Coś w tym zestawieniu jest, jakkolwiek brakuje w nim choćby niesamowitego w swej mrocznej i obsesyjnie okrutnej, brudnej, złej twórczości Cormaca McCarthy’ego. Jego fenomenalny Krwawy południk przyprawia czytającego o bolesne poczucie bezsensu rzeczywistości, która pozornie uporządkowana i kulturalna jest w swej istocie pierwotnie agresywna i okrutna. Nie pada też u Krzemińskiego nazwisko Philipa Rotha, co naprawdę trudno mu jest wybaczyć, dlatego koniecznie należy przytoczyć inny konkurencyjny ranking tych, którzy jeśli jeszcze nie znaczą bardzo wiele, to z pewnością będzie się o nich sporo mówić niebawem. Tekst cytujemy za czasopismem The Guardian z 2010 roku:

„Być może pytanie, kto jest najlepszy brzmi trywialnie, ale nie tylko poeci ścigają się o laur  pierwszeństwa. Po śmierci Saula Bellowa w 2005 roku, Normana Mailera w 2007 i Johna Updike"a w 2009 – to pytanie pojawia się w odniesieniu do świata amerykańskich pisarzy.

Toni Morrisen, która w 1993 roku dostała literackiego Nobla, oraz Philip Roth, z całą pewnością najlepszy żyjący pisarz, który tej nagrody nie dostał, znajdują się na szczytach wielu list.

Cormac McCarthy, Don DeLillo, Thomas Pynchon i Marilynne Robinson to także nazwiska, które powinny znaleźć się na tych listach.

Annie Proulx, Richard Ford, Amme Tyler, Paul Aster, Jay McInerney, Bret Easton Ellis i Joyce Carol Oates również napisali poweiści, które zyskały wielkie uznanie krytyki i czytelników.

A już nadchodzi kolejne pokolenie:

Jhumpa Lahiri, Dave Eggers, Jonathan Safran Foer.

Mamy więc ogromny wachlarz talentów, a każdy z nich ma prawo twierdzić, że napisał albo przynajmniej jest w stanie napisać wielką powieść amerykańską. Jednak w tej chwili tak naprawdę liczy się jedynie Jonathan Franzen”

- dlaczego?

Rzecz jest bardzo prosta, Newsweek nazwał go swego czasu nadętym fiutem i od tej chwili, mimo iż sam twierdzi, że wielka powieść amerykańska to brednia, pisze bestsellerowe, wielkie powieści o amerykańskim tu i teraz.

My jedna niebawem wrócimy do Johna Irvinga, który nie boi się przyznać, że nie zna żadnego polskiego pisarza, a sam uchodzi za tego, który potrafi świetnie opowiadać historie, bo czymże innym jest  pisanie powieści jak nie umiejętnym opowiadaniem historii.

 

Zbyszek Kruczalak

 

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor