Nie mogę pamiętać pierwszego lotu człowieka w kosmos, bo niebo ujrzałem dopiero dziesięć lat później. Mniej więcej. Naczytałem się za to na ten temat i obejrzałem chyba większość filmów związanych z historią kosmicznych podbojów. Może to zbyt wielkie słowo, bo ludzkości udało się poznać niewielką cząstkę otaczającej nas przestrzeni, a odwiedziliśmy zaledwie pierwszy milimetr długiego, prowadzącego do głównego salonu korytarza.
We wtorek z przyjemnością obserwowałem jak cały świat z wielkim namaszczeniem obchodził 50. rocznicę pierwszej, kosmicznej podróży Gagarina. Świadomość, że są ludzie, którzy traktują to wydarzenie jako osiągnięcie całej ludzkości napawało optymizmem. Oczywiście nie wszyscy, bo niemal od razu odezwali się dyżurni krzykacze przypominający, że po pierwsze to „ruski”… po drugie to on nigdzie nie poleciał i to wielkie oszustwo... po trzecie to są sprawy ważniejsze... To te same osoby, które nie wierzą w lądowanie na księżycu i przekonane są, iż rząd USA stoi za zamachami z 11 września. Dziwne, ile razy spotkam kogoś wyznającego jakąś teorię spiskową to od razu okazuje się, że wierzy on we wszystkie i jeszcze przekonany jest, że świat skończy się w 2012 r. A jak się nie skończy to przesuną datę o kilka lat i dalej będą nudzić.
Miałem kiedyś przyjemność rozmawiać z emerytowanym pilotem amerykańskim, który służył w czasach zimnej wojny i całe życie marzył o podróży kosmicznej. Powiedział on coś, w co może trudno uwierzyć. Gagarin był dla wielu Amerykanów bohaterem.
Nie było istotne, że pochodził zza żelaznej kurtyny i działo się to w czasach, gdy budowano tu więcej schronów atomowych, niż szkół. W wieku 27 lat Gagarin przełamał jedno z największych ograniczeń ludzkości, pokonał grawitację, okrążył Ziemię, powrócił zdrów i dał nadzieję innym. Na chwilę połączył dwa różne światy, zwłaszcza gdy w Wielkiej Brytanii odbierając wyróżnienie za swój czyn powiedział, że w przestrzeni kosmicznej miejsca wystarczy dla Rosjan, Amerykanów, Brytyjczyków i wszystkich pozostałych.
Spójrzmy co stało się z podbojem kosmosu. Po latach wyścigu, lądowaniu na Księżycu, wysyłaniu kolejnych statków załogowych, niezliczonych satelit, budowaniu stacji orbitalnych człowiek przestaje interesować się innymi planetami. Ktoś słusznie zauważył, że kiedyś nie liczyło się ryzyko, chodziło o dokonanie niemożliwego, pokonanie wszelkich barier. Dla siebie, dla reszty ludzi, dla naszej przyszłości, niezależnie od ofiar i kosztów.
Teraz liczy się rachunek ekonomiczny. Owszem, latamy i doskonalimy te podróże. Ale niczego nie podbijamy. Ograniczyliśmy się do poznanej przed kilkudziesięciu laty przestrzeni i nie czujemy potrzeby wychylania nosa dalej. Podbój kosmosu jest nieopłacalny, zwłaszcza dla Stanów Zjednoczonych. Zebrani w Kongresie politycy obcinają co mogą, zwłaszcza programy z których nie mają żadnych korzyści. Bo co im da budowa nowoczesnego statku, dotarcie człowieka na Marsa, czy wysłanie kolejnej sondy badającej otchłanie wszechświata? Zwłaszcza, że końca większości tych programów by nie doczekali. NASA wciąż jest agencja kosmiczną ale działa inaczej. Otrzymuje środki na badania, które mają przynieść korzyść dla kraju, nie ma w tym jednak żadnej wizji.
Przed kilkoma dniami, gdy obchodziliśmy okrągłą rocznicę lotu Gagarina kilku komentatorów przypomniało, że kończy się właśnie program lotów kosmicznych i planowane jest w bardzo dalekiej przyszłości zbudowanie załogowego statku, którym mielibyśmy dolecieć do Marsa. Pod warunkiem, że znajdą się fundusze, na co w najbliższych 20 latach się nie zapowiada. Jednocześnie przypomnieli, że amerykańscy astronauci będą teraz korzystali z wahadłowców rosyjskich, a w niedalekiej przyszłości chińskich. Że Rosjanie mają plan stałych połączeń z Księżycem do 2020 r. a do 2030 wybudowanie tam samodzielnej bazy. Że prywatne korporacje już w przyszłym roku rozpoczną testowanie pierwszych pasażerskich samolotów kosmicznych i prawdopodobnie za dwa lata każdy będzie mógł zobaczyć Ziemię z odległości jeżeli tylko stać go będzie na bilet.
NASA jest wciąż potęgą, tak jak USA. Jednak podobnie jak wiele innych rzeczy podbój kosmosu uległ komercjalizacji. Społeczeństwo straciło zainteresowanie lotami, spowszedniały nam. Mało kto się tym interesuje, mało kto to docenia. Na spotkanie z człowiekiem, który żył przez kilka miesięcy na stacji orbitalnej przychodzi 30 osób. Nie warto więc w to inwestować, chyba że ma to przynieść jakąś korzyść. Lepiej przeprowadzić eksperyment na zamówienie korporacji farmaceutycznej, niż latać bez celu. Z jednej strony to rozumiem, z drugiej szkoda, że tak jest.
Gdy w latach 60. człowiek dokonywał kosmicznych podbojów posiadał tylko cząstkę obecnej wiedzy. Trening przed lotem przypominał okrutne tortury. Pilotów zamykano na wiele dni w ciemnych pomieszczeniach, odmawiano wody i żywności, odcinano dopływ tlenu, męczono psychicznie tylko po to, by zobaczyć jak zareagują. Nikt przy zdrowych zmysłach nie odważyłby się dziś na powtórzenie tego samego przy użyciu ówczesnego sprzętu.
29 kwietnia będą miały miejsce dwa wydarzenia. Pierwszym będzie ostatni start kosmicznego promu Endeavour, drugim ślub brytyjskiego księcia Williama z Catherine Middleton. Zakładając, że obydwa wydarzenia odbędą się w tym samym czasie i będą relacjonowane na żywo przez telewizję zapytam: Które zdecydujecie się oglądać?
Osobiście nie mam się nad czym zastanawiać. Ale chyba byłbym jedynym świadkiem startu wahadłowca, oprócz oczywiście techników i rodzin astronautów.
Niestety, ślub będzie transmitowany przez większość kanałów na całym świecie i prawdopodobnie pobije rekordy oglądalności, a ze startu pokazane zostaną migawki w wieczornych wiadomościach. Jeśli czasu emisyjnego wystarczy, bo przecież będzie ślub księcia.
Dzięki poświęceniu pierwszych astronautów, dziesiątkom ofiar, nieudanym eksperymentom i udanym misjom w każdym domu mamy dziś kawałek tzw. kosmicznej technologii. Coś, co zostało stworzone na potrzeby podróży lub powstało dzięki nim. Nawet sobie z tego nie zdajemy sprawy. Nawet to określenie straciło dla nas znaczenie. Ludzkość nie przestała marzyć ale mam czasami wrażenie, że zaczyna jej brakować wyobraźni. Ale to już chyba osobny temat...
Miłego weekendu.
Rafał Jurak