Mieszkając w Chicago wiemy, że od lat rywalizuje ono z Nowym Jorkiem. Obydwa są skupiskami wysokich budynków, w których życie płynie nieco inaczej i z inną prędkością. Oni mają więcej teatrów, my mamy bluesa. Oni mają metro, my nadziemną kolejkę w śródmieściu. Oni mają Woody Allena, od nas właśnie wyprowadziła się Oprah Winfrey. Oni polewają ketchupem hot-dogi, u nas jest to niewskazane.
Rywalizujemy pod wieloma względami, również ekonomicznymi, socjalnymi i technologicznymi. Panuje tu prawdziwe współzawodnictwo – raz oni, raz my wprowadzamy jakieś nowe rozwiązania. Pod wieloma względami Nowy Jork nas do tej pory jednak wyprzedzał, może ze względu na lepsze położenie, obecność tam Wall Street i światowej finansjery, bliskość Waszyngtonu i nieco, ale tylko nieco, mniej skorumpowany system władzy. W końcu na wysokich stanowiskach od czasu do czasu zasiadają tam republikanie, co u nas dawno nie miało miejsca. Nikt w Nowym Jorku nie zastanawia się, co lepszego jest w Chicago, nikt właściwie o naszym mieście w żadnych okolicznościach nie myśli. Nasi politycy porównują wszystkie swe osiągnięcia do nowojorskich radnych. Błąd, powinni raczej spojrzeć na miasta, z którymi mamy więcej wspólnego. Skoro jednak już tak się dzieje, to wyciągnijmy jakieś wnioski. Skorzystajmy z tego, że w wielu sprawach zajmujemy drugie miejsce. Tym razem może się nam to opłacić. Zamiast przekonywać, że u nas lepiej smakuje pizza, burrito i kanapki z wołowiną, spójrzmy na statystyki dotyczące ważniejszych dla przyszłości funkcji miasta.
Ze względu na występujące podobieństwa Chicago powinno być zadowolone z pozostawania w cieniu Nowego Jorku, bo dzięki temu może uniknąć wielu popełnianych tam błędów. Nie wszystko się tam udaje, więc po co wprowadzać u nas niesprawdzone wzorce?
Od kilku lat słyszymy, a właściwie czytamy w oficjalnych zestawieniach Census, że maleje u nas liczba mieszkańców, a atmosfera nie sprzyja zakładaniu nowych biznesów. To fakt, większość inwestycji z ostatnich lat to ściągnięte za pomocą rozległych narzędzi ekonomicznych duże korporacje wynajmujące w centrum Chicago tysiące stóp kwadratowych powierzchni biurowej i korzystające z podatkowych ulg i miejskiej pomocy finansowej, ale prowadzące swą działalność najczęściej poza granicami nie tylko stanu, ale kraju. Mniej znaczący się do nas nie pchają, podobnie jak do Nowego Jorku. Tam pod tym względem jest podobno jeszcze gorzej. Nie tylko w mieście, ale całym stanie.
Niedawne badania wykazały, że aż 36 procent jego mieszkańców poniżej 30 roku życia planuje wyprowadzkę w ciągu najbliższych pięciu lat. Dokąd? W te same miejsca, do których ucieka młodzież z Illinois. Seattle, Texas, Kolorado... tam gdzie jest lepiej płatna i bardziej wymagająca praca z perspektywami.
Zarówno w Chicago jak i na wschodnim wybrzeżu głównymi powodami ucieczki są kiepskie warunki do prowadzenia biznesu, wysokie opodatkowanie zarówno nieruchomości jak i działalności zarobkowej oraz koszty życia. Coraz trudniej jest też znaleźć odpowiednią pracę, bo jakiejkolwiek podobno nie brakuje.
Naukowcy prowadzący badania zwrócili uwagę na ciekawą rzecz - rodzaj nowych miejsc pracy tworzonych w Nowym Jorku. Okazało się, że są to słabo płatne, nie wymagające wykształcenia zajęcia. Najszybciej bowiem rosną tam: sektor usług, sprzedaż detaliczna i przemysł żywieniowy. Większość tworzonych w ten sposób miejsc pracy nie wymaga nawet minimalnej stawki godzinowej i doświadczenia. Pracy w Nowym Jorku nie brakuje, problem w tym, że nie jest to praca dla bardziej wymagających i przygotowanych zawodowo. W ten sposób zmienia się przekrój mieszkańców miasta, coraz więcej jest tam imigrantów z południa godzących się na takie zajęcia i najuboższych uciekinierów z innych stanów. W tym samym czasie pustoszeją dzielnice jeszcze kilkanaście lat temu zamieszkane przez tzw. średnią klasę.
Coraz więcej stanów może pochwalić się rosnącym sektorem produkcyjnym, który zwykle funkcjonuje w pewnym oddaleniu od dużych metropolii. Tak po prostu jest taniej. Nowy Jork i Illinois z roku na rok tracą kolejne fabryki i zakłady produkcyjne, a zatrudnieni tam często nisko wykwalifikowani pracownicy przenoszą się do dużych miast w poszukiwaniu jakiejkolwiek pracy. Na tym jednocześnie polega podobieństwo i różnica. Wszystkie procesy w obydwu rejonach zachodzą podobnie, jednak Chicago jeszcze ma szansę na zmianę kierunku. Musi to jednak zrobić już teraz, bo wkrótce będzie zbyt późno. W obecnym klimacie ekonomicznym, przy natychmiastowej globalnej komunikacji, łatwości podróży dla młodych i wykształconych ludzi wybór nie jest problemem. Zamiast walczyć o przetrwanie w Chicago, czy Nowym Jorku łatwiej przecież przenieść się na południe lub zachód korzystając z niższych podatków, lepszych szans na zatrudnienie w wyuczonym zawodzie. Do tego klimat podobno lepszy. Skoro jesteśmy przy podatkach. Często narzekamy na ich wysokość. Fakt, są bardzo wysokie. Jednak w porównaniu z niektórymi wschodnimi powiatami wciąż płacimy niewiele. Niestety, nasi politycy zwykle wzorują się na złych miejscach. Słyszeliśmy niedawno, że właśnie z tego powodu – niskich w porównaniu z Nowym Jorkiem podatków – mamy prawo je podnosić. Dlaczego nie wzorujemy się na przykład na Houston?
Zmiana przekroju mieszkańców jak już wiemy zależna jest w dużym stopniu od kosztów życia. By w miarę godnie żyć w obydwu miastach trzeba sporo zarabiać, choć na pocieszenie dodam, że u nas ta suma jest wciąż nieco niższa. Przeprowadzone dwa lata temu badania wykazały, iż przeciętny nowojorczyk musi zarabiać ok. 123 tysięcy dolarów rocznie, by żyć na podobnym poziomie jak przy zarobkach 50 tysięcy we wspomnianym przed chwilą Houston. Sześćdziesiąt tysięcy zarabiane na Manhattanie to równowartość dwudziesty sześciu tysięcy w Atlancie. Manhattan to popularne i znane na całym świecie miejsce, liczy się tam sam adres, trudno więc porównywać do niego dzielnice w Atlancie. Na pewno jednak z powodzeniem zastąpią one Chicago. Nie będą musiały, jeśli skorzystamy z doświadczeń innych. Miłego weekendu.
Rafał Jurak