Prezydentem może zostać prawie każdy. Szefem wielkiej korporacji tylko nieliczni, wyjątkowo zdolni lub pracowici. Dlatego prezydent zarabia 400 tysięcy rocznie i wszystko czym dysponuje dziedziczy po poprzedniku oraz musi zwrócić pod koniec kadencji. Szefowie największych spółek otrzymują miliony rocznej pensji, kilka milionów w dodatkach, ochronę, transport i, co dla wielu może być zaskoczeniem, część tych przywilejów zatrzymują po zakończeniu pracy. Oczywiście to wielkie uproszczenie, chodziło jednak o to, by uwypuklić zalety bycia tzw. CEO, w przeciwieństwie do wielkiej odpowiedzialności i kiepskich zarobków prezydenta USA. Większość studentów o kierunkach technicznych i biznesowych wlałaby być szefem np.: FORDA, niż głową państwa.
O najbogatszych oraz zarządzających pieniędzmi najbogatszych mówi się ostatnio dużo. Przede wszystkim dlatego, że będą oni pełnić w trwającej już kampanii wyborczej bardzo ważną rolę. Partia demokratyczna ma nadzieję, że niechęć do uprzywilejowanego 1% Amerykanów będzie na tyle duża, że wybory wypadną na ich korzyść. W dobie kryzysu wszyscy poszukują winnych obecnej sytuacji - osób odpowiedzialnych za załamanie rynku, systemu bankowego, rosnące bezrobocie i spadek cen nieruchomości. Oczywiście złość kierowana jest w stronę najbogatszych i najlepiej zarabiających, zwłaszcza zarządców największych firm – co jest na rękę niektórym politykom, a na pewno obecnej administracji.
Nie należę do osób, które krytykują bogatych za rozrzutność. Mają pieniądze, niech je wydają na wszystko, na co mają ochotę. Wyobrażam sobie, że będąc w podobnej sytuacji nie chciałbym, by ktoś dyktował mi listę dopuszczalnych zakupów. Nie lubię tylko, gdy ich majątek wykorzystywany jest w niewłaściwy sposób, zwłaszcza w legislaturze. Ponieważ do wyborów mamy jeszcze chwilę, a temat jest gorący, to myślę, że warto przypomnieć sobie niektóre z przywilejów, które tak bardzo w ostatnich latach wzburzyły opinię publiczną.
Wszystko zaczęło się od niesławnych premii dla dyrektorów i kierowników AIG. Chodziło o niewielkie pieniądze, zaledwie 200 milionów. W obecnej sytuacji suma ta nie zmieniłaby niczego i nie miałaby na nic wpływu. Jednak temat został pochwycony przez masy i sprawił, że wreszcie było komu dokopać za rozpoczynający się bałagan. Mało kto pamięta, że premie te były wpisane w projekt pakietu stymulacyjnego od samego początku. Dokument ten liczył sobie jednak kilka tysięcy stron maszynopisu i ważył ok. 4 kilogramów. Dziś wiemy, że żaden z polityków nie przeczytał go w całości. Izba Reprezentantów, która zatwierdziła pakiet, kilka miesięcy później podniosła największy krzyk na ten temat. Politycy ośmieszyli wyłącznie siebie.
Przywileje przede wszystkim kojarzą nam się z odrzutowcami. Bo mówiło się o nich sporo i wciąż jest to popularny temat. Rzeczywiście, prywatne firmy mają ich wiele.
W 2006 r. Ford zapłacił ponad 517 tys. dolarów za utrzymanie i przeloty jednego z nich na trasie Foryda – Michigan. Samolotem tym podróżował do pracy w Detroit jeden z zarządców firmy, Mark Fields, który po jej zakończeniu powracał do swego domu na południu, by spędzić weekend z rodziną. W obliczu problemów finansowych, a właściwie krytyki fundującego pakiet stymulacyjny społeczeństwa zmieniono zapis kontraktu. Field podróżował później na pokładzie rejsowych odrzutowców w fotelach pierwszej klasy. Rocznie dla Forda to wydatek 30 tysięcy dolarów. Oszczędność - prawie pół miliona.
W podobny sposób, choć na trasie Seattle - Detroit, wykorzystywała drugi odrzutowiec rodzina kolejnego szefa Forda, Alana Mullaly. Ponieważ samoloty będą w ramach oszczędności sprzedane, korporacja postanowiła jeden dla Mullaly wydzierżawić. Podobno będzie taniej. Dodatkowo, wyrażono zgodę na opłacenie biletów lotniczych dla jego rodziny w przypadku, gdyby zażyczył sobie jej obecności.
Firma Qwest przez 6 miesięcy płaciła za odrzutowiec, którym w ramach przenosin z Kolorado do Kalifornii latał nowy szef i jego rodzina. Podobno kilkanaście razy zapominali czegoś zabrać ze starego domu.
W 2007 r. producent zabawek, firma Mattel zapłaciła 19 tys. dolarów za podróże żony prezydenta kompanii, która poszukiwała nowego domu na terenie całego kraju. Nie były to na szczęście przeloty prywatnym samolotem, ale pierwszą klasą rejsową.
W każdej dużej firmie sytuacja wygląda podobnie i przez chwilę jeszcze nie zmieni się. Posiadane odrzutowce zamieniane są na dzierżawione. Chwilowo prosi się szefów o korzystanie ze zwykłych linii, a wydatki na rodzinę lepiej ukrywa.
Skoro są samoloty, to po co im samochody, których mają wiele.
Wspomniany wyżej Mattel daje swym szefom wyłącznie kartę na benzynę. Ford oprócz paliwa zaopatruje szefostwo w dwa pojazdy rocznie w ramach ewaluacji własnego produktu. To zrozumiałe. Sa jednak przypadki nieco odmienne. Na przykład szef Macy"s, Terry Lundgren, zażyczył sobie specjalnego kuloodpornego, przedłużonego Hummera do poruszania się po Nowym Jorku. Roczne utrzymanie tego pojazdu kosztuje firmę 87 tysięcy, nie licząc mandatów za parkowanie. Podobne zachcianki maja inni i są one spełniane jako część kontraktów o pracę.
Drażniące społeczeństwo przywileje to nie tylko samoloty i samochody.
Były szef General Electric po zakończeniu pracy otrzymał dożywotnio nielimitowany dostęp do firmowego samolotu, apartament w centrum NY, którego miesięczne utrzymanie kosztuje 50 tysięcy, limuzynę z szoferem, ochronę, dwa opłacone biura, darmowe doradztwo finansowe, asystenta, internet, kabel, satelitę, faks, komputery i alarm we wszystkich domach, karnety na wszystkie mecze NBA i US Open. Plus 2,5 miliona dolarów rocznie. Tyle po zakończeniu pracy. W czasie wypełniania kontraktu przywileje były znacznie większe.
Szefowie i kierownicy wielkich korporacji zarabiają po kilkanaście milionów rocznie, ale wciąż domagają się pomocy w spłacaniu swych pożyczek, opłacaniu prywatnych samochodów i szkół dla dzieci, pokrywania dożywotnio kosztów wszelkich podróży itd. W czasie gdy wypełniają swe obowiązki mogą otrzymać praktycznie wszystko, o czym nigdy się nie dowiemy, gdyż większość takich przypadków jest tajemnicą handlową.
Znany i lubiany Google też ma szefów. Dwóch. Każdy z nich ma odrzutowiec, ale nie ma lotniska. Wobec tego firma podpisała umowę z NASA na dzierżawę miejsc na pobliskim lotnisku, zaledwie 2 mile od głównej siedziby Google. Roczny koszt – prawie 1.5 miliona dolarów. Udziałowcy firmy nie narzekają i płacą. Ważne, że akcje Google idą w górę.
W ostatnich latach sporo się zmieniło, ale nie w sposób, w jaki nam się wydaje. Informacje na temat przywilejów najbogatszych i najbardziej wpływowych są po prostu objęte jeszcze większą tajemnicą.
Miłego weekendu.
Rafał Jurak