Co jak co, ale historia powinna być jedna – w końcu wiadomo jakie były fakty, kto zawinił, kto był dobry i jak to wszystko się skończyło. Kto by jednak chciał w tym wszystkim znaleźć jakieś proste „było tak i tak” ten niestety srogo się zawiedzie.
Niedawno znów wspominaliśmy drugą wojnę światową. Corocznie 8 i 9 maja organizuje się uroczystości pod pomnikami, składa kwiaty na cmentarzach, odbiera się defilady wojskowe na placach i w alejach. Wszystko to, by uczcić Zwycięstwo. Radość z poskromienia demona hitleryzmu była ważnym doświadczeniem milionów ludzi żyjących wówczas na świecie. Oznaczała ona, że chłopcy-żołnierze wreszcie wrócą do domów.
Wojna, która zaczęła się 1 września 1939 r. a skończyła w Europie 8/9 maja 1945 r., to pewien zbiór powszechnie znanych faktów i postaci: Westerplatte, Stalingrad, D-Day, Drezno, Hitler, Stalin i Churchill czy Dywizjon 303. Wszyscy dobrze je znamy. Jak je jednak połączyć? I czy te połączenia będą jednakowe?
Na Zachodzie Europy, szczególnie w Wielkiej Brytanii, będzie pamiętać się o wypowiedzeniu wojny Hitlerowi 3 września 1939 r., natomiast raczej powodem do dumy nie będzie kilkuletnia polityka ustępstw wobec III Rzeszy i oddanie Niemcom na pożarcie Austrii i Czechosłowacji. Anglicy jednak po za tym nie będą mogli sobie wiele zarzucić – wszak tak jak mówił Churchill, przelali sporo krwi, potu i łez, samotnie bronili swojej wyspy przed Luftwaffe, a potem skutecznie wyzwalali Europę spod okupacji.
Podobnie też wojnę mogą wyobrażać sobie Amerykanie. Tyle, że bardziej globalnie. Bo włączyli się do niej nie z powodu Gdańska, a wysp na Pacyfiku, które chciała podstępnie odebrać im Japonia. Tak jak Anglicy, mogą być tylko dumni – ich fabryki były „arsenałem demokracji”, ich żołnierze powoli, acz skutecznie walczyli w imię wolności, a ich samoloty niszczyły miasta na terytorium wroga, który był największym zagrożeniem dla pokoju. O ile jednak Anglicy w wyniku wojny stracili swoje Imperium, tak Stanu Zjednoczone dzięki niej stały się supermocarstwem, o którego względy zabiega cały świat. A na dodatek powojenny spokój i dobra koniunktora po obydwu stronach Atlantyku przyniosła tamtejszym społeczeństwu dobrobyt i wiele przyjemnych chwil.
Radosny, ale i poważny był 9 maja 1945 r. w Związku Radzieckim. Dla jego mieszkańców kończyła się wielka tragedia wojny na śmierć i życie, którą Hitler wypowiedział „ludziom radzieckim” 22 czerwca 1941 r. Pochłonęła ona 23 miliony mieszkańców „kraju Rad”. Jednak i mieszkańcy Moskwy, zniszczonego Stalingradu czy wyludnionego Leningradu mogli być dumni ze zwycięstwa – to przede wszystkim żołnierze Armii Czerwonej pokonali Wehrmacht, zdobyli Berlin i uratowali pokój światowy. Niektórzy mogli wierzyć, że to dowód na siłę komunizmu. Wielu za to było dumnych z kolejnego sukcesu narodu rosyjskiego.
A Polska? Tutaj też śmiech mógł przeplatać się ze łzami. Obywatele Rzeczpospolitej walczyli z Niemcami od samego początku. Żołnierzy spod biało-czerwonego sztandaru stawali do walki na wszystkich frontach wojny, a w kraju stworzyli jedyne w swoim rodzaju Państwo Podziemne i prawdziwą Armie Krajową. Dzięki Armii Czerwonej udało się uratować naród przed biologicznym wyniszczeniem, które szykowali mu naziści. Jednak ta sama Armia Czerwona przynosiła nad Wisłę nową dyktaturę, nie obejmującą wszystkich Polaków terrorem, ale zmuszającą wielu do ucieczki czy powrotu do konspiracji i partyzantki. Kraj (na czele ze stolicą) leżał w ruinach, zginęło ponad 5,5 miliona obywateli przedwojennego państwa (w tym trzy miliony Żydów), na dodatek Związek Radziecki zabrał Wilno i Lwów, od wieków polskie, w zamian oddając Wrocław i Szczecin – miasta bogate, ale od kilkuset lat słabo związane z Polską. A to wszystko przy ogromnym żalu do sojuszników z Zachodu, którzy dla własnego interesu sprzedali Polaków Stalinowi.
Znalazły się jednak kraje, gdzie gorsze dopiero się zaczynało. Na Litwie, Łotwie, Estonii czy Ukrainie to nie Niemcy byli okupantami, zagrażającymi istnieniu tych narodów. To Związek Radziecki był głównym wrogiem, który prowadząc imperialną politykę, zagarnął te ziemie, brutalnie walczył z tymi, którzy mu się sprzeciwiali, a wielu niepokornych wysyłał pociągami na Wschód. Zaczynała się nowa okupacja, która trwała aż do 1991 r.
Niby była to ta sama wojna, ale dla każdego państwa kończyła się ona czymś innym. Dla głównych graczy Wielkiej Koalicji był to mniejszy lub większy sukces i potwierdzenie ich potęgi. Dla mniejszych krajów w Europie Środkowo-Wschodniej zaczynał się okres narzuconej zależności od ZSRR oraz zamknięcie na demokrację i rozwój. Europa i cały świat podzieliły się na dwa wrogie sobie obozy.
Każdy naród będzie mówił o drugiej wojnie światowej na swój sposób. Pytanie brzmi – jak to wszystko połączyć i jakoś sensownie opowiedzieć?
Tomasz Leszkowicz
'