Poruszające się po drogach pojazdy spalają z roku na rok coraz mniej paliwa pokonując te same odległości. W związku z tym przychody z podatków nakładanych na benzynę, mimo coraz większego ruchu na drogach i wyższych cen, nie zwiększają się. Rosną natomiast koszty utrzymania infrastruktury, z której korzystają zmotoryzowani.
Za sprawą inflacji i coraz bardziej ekonomicznych silników płacimy dziś o 2/3 mniej za każdą przejechaną milę, niż kierowcy w latach 50 i 60. Musimy jednak wziąć pod uwagę wartość nabywczą dolara, a także fakt, iż w tamtych czasach przejechanie 10 mil z galona było niezłym osiągnięciem.
Rząd federalny, a także władze niemal wszystkich stanów od pewnego czasu poszukują więc alternatywnych rozwiązań. Wszyscy dochodzą do wspólnego wniosku, iż podatki nakładane na paliwo wkrótce znikną i zostaną czymś zastąpione. Nie cieszmy się jednak zbytnio – tylko jedna strona na tym skorzysta i na pewno nie będą to kierowcy.
Coraz popularniejsze pojazdy elektryczne lub hybrydowe, przyjazne środowisku i naszej kieszeni, spędzają sen z powiek osobom odpowiedzialnym za finansowanie budowy nowych i naprawę istniejących dróg. Pojawienie się jakiegoś nowego rozwiązania, na razie istniejącego w głowach inżynierów lub na ich deskach kreślarskich, może okazać się prawdziwą katastrofą finansową dla Departamentu Transportu.
Najprostszym rozwiązaniem wydaje się podniesienie obecnych podatków. Jednak musiałaby to być znacząca podwyżka, by zaspokoić bieżące potrzeby, co wzbudzi poważny sprzeciw społeczeństwa i wpłynie na notowania aktualnie znajdującej się u steru partii politycznej, czy to w Waszyngtonie, czy w stolicach poszczególnych stanów. Poza tym wiele stanów nie pobiera takich opłat, nasze Illinois jest jednym z zaledwie kilkunastu w kraju. Nikt przy zdrowych zmysłach i posiadający jakiekolwiek wyczucie polityczne nie zdecyduje się nagle na wprowadzenie podatków, skoro przez ostatnie 100 lat dawano sobie bez nich radę. Trzeba więc znaleźć inny sposób na zgromadzenie brakujących po podliczeniu przychodów każdego roku ponad 30 mld. dolarów.
Możemy więc być pewni, że w niedalekiej przyszłości podatki na paliwo zostaną wycofane, a w ich miejsce wprowadzony będzie nowy system.
Wśród bardzo wielu pomysłów jeden znajduje coraz więcej zwolenników. Tak wielu, że w dwóch stanach rozpoczęły się już eksperymenty. Na razie udane, w związku z czym już niedługo system wprowadzony zostanie na większym terenie i prawdopodobnie na stałe.
Chodzi o podatek od przejechanych mil, który na pierwszy rzut oka wydaje się sprawiedliwy - więcej jeździsz, więcej płacisz. Wstępne analizy wskazują również na spadek liczby pojazdów na drogach w rejonach, gdzie takie rozwiązanie zostało wprowadzone. Jedynym problemem był sposób naliczania opłat, ale z tym również sobie poradzono.
W Oregonie i Minnesocie od kilku lat prowadzone są testy drogowe. Biorący udział w programie kierowcy tankują wyłącznie na odpowiednio wyposażonych stacjach, bo niewielkie zmiany są jednak konieczne. Muszą również posiadać w samochodzie GPS lub telefon komórkowy w kieszeni. Wygląda to następująco:
Kierowca podjeżdża do dystrybutora, gdzie kupuje znacznie tańsze paliwo, bo bez podatków federalnych, stanowych, czy lokalnych. W tym czasie dystrybutor komunikuje się z urządzeniem GPS i ściąga informacje dotyczące liczby przejechanych mil od ostatniego tankowania. Oblicza należną stawkę i dolicza ją do końcowej ceny. Prywatność kierowcy podobno zostaje zachowana, gdyż przekazywana jest wyłącznie liczba mil, a nie nazwy ulic po jakich pojazd się poruszał. Przynajmniej w teorii.
Osoby nie posiadające GPS mogą wykorzystać do tego samego celu telefon komórkowy, który jak wiemy ma taką samą funkcję wbudowaną, nawet jeśli nie znajduje się ona w instrukcji obsługi. Informuje on o liczbie pokonanych mil, bez podawania naszej książki adresowej i kopii sms-ów. Musimy w to uwierzyć, choć możemy oczywiście mieć wątpliwości.
Pamiętać należy, by z telefonem w kieszeni nie spacerować po parku, nie jeździć autobusami, nie wychodzić na spacer z psem. Każda dodatkowa mila to ekstra opłata i w tym momencie rząd opodatkuje nasz każdy krok. Dosłownie.
Nie ma idealnego systemu, ale ten wydaje się najlepszy. Osobiście wolę taką formę podatku drogowego, niż podwyżki podatku na paliwo. Wszystko oczywiście zależy od ceny, a tej na razie nie znamy, więc mogę wkrótce zmienić zdanie.
Tak w ogóle to próbując zmniejszyć korki na ulicach rząd federalny prezentuje coraz głupsze pomysły. Pierwszym była rozbudowa infrastruktury kolejowej. Najpierw miliardy dolarów poszły na badania. Kolejne miliardy na plany. Teraz jesteśmy na etapie rozdawania reszty pieniędzy poszczególnym stanom, które zdecydowały się na udział w projekcie. Illinois może być przykładem marnotrawstwa. Za cenę równą budżetowi kilkudziesięciu organizacji i departamentów udało się przyspieszyć kilkudziesięciomilowy odcinek jednej trasy kolejowej o 30 mph. Czas przejazdu spadł z prawie 3 godzin do ponad 2. Sukces głownie dla osób podróżujących na tej trasie.
W innych stanach wygląda to podobnie. Kalifornia za otrzymane z Waszyngtonu pieniądze postanowiła wybudować sobie kilkanaście mil ultraszybkiej kolei. Ciągle buduje, pieniądze się kończą, nikt z trasy nie korzysta. Na Hawajach prac nie rozpoczęto, bo nikt nie chce, by wyspy zamieniły się w teren budowy w imię kilkuminutowego skrócenia podróży. Wszędzie korki takie same jak były, może nawet większe. Z budżetu wyciekło na ten cel kilkaset miliardów, które podwyższyły tylko deficyt.
Kolejny pomysł to tramwaje. Obecna administracja chce, by pojawiły się wszędzie z wyjątkiem San Francisco, gdzie już są. Obiecują góry pieniędzy i zapewniają, że korki na ulicach będzie można już oglądać tylko na zdjęciach w muzeach. Kilka miliardów na ten cel trafiło już do Atlanty, Dallas, czy Salt Lake City. Tramwaje to zjawy z przeszłości. Drogie w budowie i mniej funkcjonalne od autobusów, które mają zastąpić. Jednak ktoś w Waszyngtonie ma wizję godną lat 50. i na siłę forsuje ten projekt. Podobnie jak wiele innych.
Miłego weekendu.
Rafał Jurak
'