W tydzień po tragedii w Newtown w Connecticut, wciąż nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie, dlaczego doszło do zabójstwa 27 osób, w większości sześcio- czy siedmioletnich dzieci, w na pozór idyllicznym miasteczku z dobrymi szkołami, cichymi ulicami i silnym poczuciem wspólnoty. Nie wiemy ani dlaczego strzelanina zdarzyła się w tym, zdawałoby się, bezpiecznym i zamożnym zakątku, w czasie zajęć szkolnych, w szkole zamkniętej dla każdego z zewnątrz. Zdajemy sobie sprawę z tego, że nigdy nie poznamy rzeczywistego motywu zbrodni, której niewyobrażalność nie blednie nawet po upływie kilku dni. Dyskutujemy więc o kontroli posiadania broni, wyalienowanej młodzieży, różnorodnych systemach wczesnego ostrzegania, które spełniły swą funkcje lub nie zareagowały na sytuację, o tym jak można było zapobiec tragedii. Mam jednak nieodparte wrażenie, że to tematy zastępcze, które nie poruszają istoty problemu. Medialne spekulacje i upolitycznianie debaty nie tłumaczą jednak bezsensownej masakry niewinnych dzieci. Ponadto, kryją głębszą prawdę, której nikt nie chce wywlekać na światło dzienne.
Media nie wyjaśniają jak mogło dojść do strzelaniny, co powodowało sfrustrowanym bądź chorym dwudziestolatkiem, jak tego typu okrucieństwo jest możliwe, ani dlaczego celem ataku stały się niewinne kilkulatki. Na tego typu pytania nie odpowiada ani chętnie przytaczany przez media autyzm sprawcy, ani jego rozbita rodzina, ani niezabezpieczona broń pozostająca do dyspozycji szaleńca. Niewytłumaczalna racjonalnie tragedia wydaje się być jedynie symptomem głębszego i poważniejszego problemu. A ten wymyka się uwadze prasy.
W trakcie dochodzenia ujawniono, że matka zabójcy, Nancy Lanza, zmarła podczas snu od czterech ran postrzałowych w piątkowy poranek. Adam Lanza wziął jej samochód, jak również należącą do niej broń i pojechał do szkoły. Wystrzelił dziurę w szklanych drzwiach szkolnych i przedostał się do środka, po czym skierował się na lewo. Na swej drodze napotkał dyrektora szkoły, Dawn Hochsprung i psycholog szkolną, Mary Scherlach, po czym obie zastrzelił. Mijając pierwszą klasę pełną dzieci skierował się do drugiej, strzelając i zabijając czternaścioro z nich i dwie nauczycielki. Następnie skierował się do klasy Victorii Soto, gdzie zarówno ona jak i sześcioro jej uczniów stało się ofiarami przypadku. Siedmiorgu uczniom Soto udało się przemknąć do wnęki nie doznając obrażeń. W tym momencie zaczynała wkraczać na miejsce zbrodni policja, a Adam Lanza zastrzelił się strzałem w głowę.
Strzelanina rozpoczęła się w piątek rano po 9:30 w szkole podstawowej oddalonej o około 60 mil na północny wschód od Nowego Jorku, wywołując makabryczne sceny, w których setki uczniów i nauczycieli szukało schronienia pod stolikami i w szafach wnękowych, a wielu było zbyt przerażonych by otworzyć drzwi, nawet po nadejściu policji. Dzieciom polecono zamknąć oczy, kiedy wyprowadzano je ze szkoły obok postrzelonych ciał. „Mówiłam im, że je kocham i wszystko będzie w porządku”, wspomina jedna z nauczycielek w emocjonalnej rozmowie o tym, jak wraz z kilkunastoma dziećmi zamknęła się w toalecie. Niektórzy nauczyciele tłumaczyli dzieciom, że złoczyńcy znajdują się w budynku i że muszą czekać na nadejście dobrych. Inni odwracali uwagę przerażonych kilkulatków lekturą książek.
Tragedia w Sandy Hook Elementary School w Newtown plasuje się na drugim miejscu w kraju po względem śmiertelności. Ustępuje jedynie masakrze w Virginia Tech z roku 2007, gdzie zginęły 32 osoby. Rozegrała się zaledwie w czasie 10 minut. Ale do tej pory nie wiemy dlaczego zamknięty w sobie, emocjonalnie obojętny 20-latek dopuścił się makabrycznej zbrodni. Bez odpowiedzi pozostają pytania o przyczyny dla których targnął się na własną matkę i wydawałoby się nie mające z rodziną wiele wspólnego dzieci okolicznej szkoły.
Znajomi pamiętają go jako samotnika, prawie nie odzywającego się, który trzymał się blisko ścian przechodząc korytarzem szkolnym, ściskając podręczny komputer. Adam Lanza mieszkał ze swą matką, w domu wartości pół miliona dolarów, w okolicy mogącej stanowić oazę spokoju i bezpieczeństwa. Jego rodzina daleko odbiegała jednak od ideału. Rodzice rozwiedli się w roku 2009, a Adam Lanza nie rozmawiał ani ze swym starszym bratem, 24-letnim Ryanem, który pracuje w firmie finansowej Ernst & Young w Nowym Jorku, ani ze swym ojcem, Peterem Lanza, który mieszka ze swą drugą żoną, Shelly, biblitekarką, w Stamford, w Connecticut. W sobotnie popołudnie ojciec wystosował oświadczenie, w którym wyraża swe współczucie wobec ofiar i i ich rodzin. Ojciec zapewnia wprawdzie o swej żałobie, ale w swym oświadczeniu nie wspomina o synu, osobistym poczuciu straty, czy winy. Niepokojące wydają mi się jego puste słowa o łączeniu się w żalu ze wszystkimi osobami dotkniętymi „tą ogromną tragedią”. Zastanawia mnie, dlaczego ojciec, który przecież stracił nie tylko syna, ale przynajmniej swe dobre imię, przemawia w tak bezosobowy sposób. Czyż takie zachowanie same w sobie nie może być powodem frustracji, zwłaszcza dla opuszczonego dziecka borykającego się z własnymi demonami?
Społeczna izolacja i niezręczność dwudziestolatka, podkreślana w medialnych analizach przeprowadzanych naprędce przez media, są łączone z zespołem Aspergera, zaburzeniem rozwoju mieszczącego się w spektrum autyzmu. Cechuje je wprawdzie trudność w społecznych interakcjach, ale również wysoki poziom inteligencji i brak predyspozycji do przemocy.
Z pewnością na podstawie wyrywkowych fragmentów biografii Adama Lorenza nie sposób formułować jakichkolwiek wniosków o motywach tragedii. Ale ta w coraz większym stopniu wydaje się produktem zaburzenia funkcjonowania rodziny. Matka, samotnie wychowująca syna, była nie tylko bardzo wymagająca co do sposobu utrzymania domu, gdzie policja w miejscu zbrodni znalazła dwie czyste i uporządkowane sypialnie, ale swym synom stawiała wysokie wymagania. Z drugiej strony postronni obserwatorzy donoszą o lekcjach strzelania, pobieranych przez syna wraz z matką i o wizytach matki w okolicznym barze. Oczywiście, nie świadczą one o niczym karygodnym, ale nauka strzelania wydaje się być chyba ostatnią rozrywką stosowną dla cierpiącego na zaburzenia osobowości dwudziestolatka.
Z udostępnianych prasie fragmentów dochodzenia wynika, że strzelanina w Newtown nie była czynem spontanicznym, a zaplanowanym aktem przemocy. Dochodzenie ujawnia, że Adam Lanza, zaledwie na kilka dni przed masakrą, próbował kupić strzelbę w sklepie z artykułami sportowymi w Canton w Connecticut, około 50 mil od Newtown. Odprawiono go z kwitkiem, ponieważ nie chciał czekać na wymagane 14 dni podczas których sprawdza się przeszłość kryminalną. Nie wiemy wprawdzie czy Adam Lanza ujawnił jakiekolwiek szczegóły swego planu, ale jasne jest to, że dokonane przez niego zabójstwa były ostatnim aktem długotrwałego dramatu – próby zdobycia akceptacji i znaczenia. Ten inteligentny i, jak można wnioskować, osiągający wysokie wyniki akademickie chłopiec dla swych rówieśników był niemalże niezauważalny. Wiedzieliśmy o nim, ale go nie znaliśmy, zeznają jego koledzy z klasy i szkoły. Postrzegany jako nieatrakcyjny nieudacznik, słaby i niemęski, z pewnością traktował swe społeczne odrzucenie jako fiksację. Broń była być może narzędziem przemiany ostracyzmu we włączenie go do grupy. Szkoła staje się natomiast centralną sceną miasteczka, gdzie dotychczasowy nieudacznik zyskuje wreszcie powszechną uwagę. I jakkolwiek nie wiemy, czy ktokolwiek w najbliższym otoczeniu Adama Lanzy miał podejrzenia co do jego morderczych intencji, to nawet gdyby tak było, to nie sposób rozpoznać czy owe nieracjonalne przeczucia mają jakieś znaczenie.
Kontrola posiadania broni nie wydaje się być jakąkolwiek gwarancją bezpieczeństwa. O ile wysiłki ograniczające łatwość dostępu do broni z pewnością utrudniają popełnienie masakry, to w wypadku Adama Lanzy broń znajdowała się w posiadaniu jego matki i była legalnie nabyta i zarejestrowana. W kontekście tej konkretnej zbrodni kwestia kontroli broni jest jedynie tematem zastępczym, niewątpliwie upolityczniającym debatę o tym jak do tragedii doszło. Nie ulega jednak wątpliwości, że kontrola posiadania broni nie jest wystarczającym warunkiem prewencyjnym. Tysiące niezrównoważonych młodych ludzi nie są bowiem tak łatwo rozpoznawalni. Są ambiwalentni i wobec tego trudni do zatrzymania. Niektórzy z nich zostaną mordercami. Stopień w jakim będziemy w stanie wychwycić sygnały ostrzegawcze, zdecyduje o naszych możliwościach ochrony. Niewątpliwie frustrującym jest fakt, że masakra wydarzyła się w stanie Connecticut, który posiada jedne z najbardziej restrykcyjnych praw posiadania broni.
W odpowiedzi na tragedię prasa i środowiska opiniotwórcze na nowo pojęły poszukiwania rozwiązań systemowych, politycznych, ustawowych. Pojawiły się oświadczenia o historycznej skłonności społeczeństwa do przemocy, analizy statystyczne dotyczące aktów przemocy przy użyciu broni, zapewnienia o przydatności protokołów bezpieczeństwa obowiązujących w szkołach i instytucjach publicznych. Wydaje się jednak, że to nie przestępczość z użyciem broni powinna być tematem nadrzędnym dyskusji po morderstwie w Connecticut. I to nie ze względu na to, że wyeliminowanie broni z powszechnego użycia jest równie prawdopodobne jak wyeliminowanie pojazdów z ulic. To pobożne życzenie po prostu nigdy się nie ziści.
Tematem zastępczym wydaje się również zdrowie psychiczne. Po pierwsze, żaden rząd nie jest ani skłonny, ze względu na prawa humanitarne i obronę prywatności, ani uprawniony do zaaresztowania osoby niezrównoważonej psychicznie. Być może więcej uwagi należałoby poświęcić prawom społeczeństwa niż prawom mentalnie niestabilnych osób, dla dobra ogółu. Ale, jak wnioskujemy z rozdęcia praw homoseksualistów, mniejszości rasowych, czy religijnych, odizolowanie osób niezrównoważonych ma takie same szanse powodzenia jak aresztowanie pijanych kierowców.
W ubiegły piątek rano, przed tragedią w Newtown, prasę na świecie obiegło zdjęcie 22 chińskich dzieci poranionych przez władającego nożem mężczyznę jak wchodziły do szkoły w wiosce w Chengping, w środkowych Chinach. Associated Press określiło ubiegłopiątkowy wypadek jako ostatni w serii okresowych ataków na chińskie szkoły i przedszkola. W tak wielu miejscach, jak w przedmieściu Kolorado, Littleton, szkockim mieście Dunblane, rezerwacie w Minnesocie, zamieszkałym przez Amiszów mieście Bart w Pensylwanii, mordercy i ich demony zakończyli życie zbyt wielu dzieci. W obliczu takich wydarzeń wszyscy pokorniejemy z powodu naszej bezradności.
Żadne prawo ani ustawa nie ochronią nas przed podobnymi tragediami. Nigdy bardziej nie pojmujemy słuszności stwierdzenia Jana Pawła II o kulturze śmierci, w której żyjemy. Adam Lanza do grobu zabrał swe przeniknięte nienawiścią rozumowanie popychające go do odwetu na niewinnych i najbardziej bezbronnych. W dobie absolutnego relatywizmu, pod nieobecność Boga, którego wyrugowaliśmy z klas, sądów, opieki medycznej i etyki, co lub kto jest w stanie powstrzymać panoszące się szaleństwo zła, agresji i żądzę zabijania? Tragedia w Newtown ilustruje nie tyle szaleństwo niezrównoważonego dwudziestolatka, co społeczeństwo bez Boga. Wszystko wskazuje na to, że źródło poważniejszego problemu – brak poszanowania dla życia ludzkiego, nie zyska zainteresowania prasy, która w amoku będzie doszukiwać się motywu bezsensownej masakry. Media kontynuują spekulacje na temat masakry, ale obawiam się, że ominą prawdziwy problem. Najwyższy czas byśmy zdali sobie sprawę z tego, że szacunek dla życia ludzkiego, we wszystkich jego stadiach rozwoju, został w społeczeństwie zagubiony: dla nienarodzonego dziecka w łonie matki, przedszkolaka w szkole, bezdomnego i zapomnianego, starszego lub śmiertelnie chorego. Błogosławiona Matka Teresa zwykła mówić: „Jeśli zaakceptujemy fakt, że matka może zabić nawet własne dziecko, jak możemy nakazywać innym, by się nawzajem nie zabijali”.
Na podst. CNN, Reuters, Chicago Tribune, Catholic Exchange, oprac. Ela Zaworski
'