28 października zmarł Tadeusz Mazowiecki – dziennikarz, działacz opozycji w PRL, pierwszy demokratyczny premier Polski po drugiej wojnie światowej. Jeśli w polityce chciałoby się szukać symbolu opierania się na wartościach, on nadawał się do tego najlepiej.
Biografii Mazowieckiego nie można rozpatrywać bez przypomnienia drugiej wojny światowej – doświadczenia, które było udziałem kilku pokoleń Polaków. Mazowiecki w momencie wybuchu wojny miał 12 lat, w chwili jej zakończenia zaś 18. Widział grozę okupacji, eksterminację Żydów z jego rodzinnego Płocka i prześladowania Kościoła katolickiego. Był człowiekiem ukształtowanym przez katolicyzm, dlatego też po wojnie znalazł się w środowisku, które kierowało się w życiu (również publicznym) właśnie chrześcijańską nauką społeczną. Wojna jednak przeorała świadomość wszystkich Polaków, ton w Kościele nadawała więc „nowa siła” – katolicyzm inny niż ten przed wojną: zaściankowy, tradycyjny, nieraz antysemicki. Mazowiecki wkrótce stanie się jedną z twarzy „katolicyzmu otwartego”, nastawionego na dialog i skupienie się na człowieku (z tej samej formacji, oczywiście jako duchowny, wywodził się też Karol Wojtyła).
Niestety, koniec wojny nie przyniósł Polakom wolności – w kraju wprowadzono reżim komunistyczny zależny od Związku Radzieckiego. Przed każdym stawały wybory drogi, którą powinien pójść. Mazowiecki wybrał trwanie w katolicyzmie przy jednoczesnym funkcjonowaniu w ramach systemu – trafił do Stowarzyszenia PAX, które skupiało koncesjonowanych, „postępowych” katolików, służących komunistom do rozbijania Kościoła. Dziś pamięta się Mazowieckiemu udział w nagonce prasowej przeciwko biskupowi Kaczmarkowi, oskarżonemu przez komunistów o szpiegostwo. Warto jednak wspomnieć, że sam był w PAX-ie w mniejszości, żądając zmian w organizacji. Dlatego też jeszcze w okresie stalinowskim został ze Stowarzyszenia wyrzucony.
Po 1956 r. Mazowiecki zaangażował się w nowy, o wiele mniej zależny od słabszej władzy komunistycznej ruch katolików, skupiony wokół krakowskiego „Znaku” i Klubów Inteligencji Katolickiej. Od końca lat 50. Mazowiecki redagował miesięcznik „Więź” - pismo zależne od władzy, ale prezentujące własny, katolicki punkt widzenia. Został też posłem koła poselskiej „Znak”, które było trzymane w Sejmie jako „kwiatek do kożucha” rządzącej Polską PZPR. I choć był przedstawicielem „koncesjonowanej niby-opozycji”, kilka razy sprawił władzy kłopot, zadając z mównicy sejmowej niewygodne dla komunistów pytania.
W naturalny sposób trafił do rodzącej się powoli opozycji, będąc jednym z głównych przedstawicieli środowisk tak zwanej „lewicy katolickiej”. Jako człowiek dobrze znany, rozsądny i budzący zaufanie został w 1980 r. doradcą przewodniczącego „Solidarności” Lecha Wałęsy. Powierzono mu m.in. redagowanie „Tygodnika Solidarność” - pierwszego od lat 40. dużego czasopisma niezależnego od władzy. Jako doradca opozycyjnego związku zawodowego został aresztowany w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. i przez ponad rok przebywał w ośrodku odosobnienia.
Gdy w 1989 r. komunizm w Polsce zaczynał się walić, Mazowiecki był jednym z uczestników obrad Okrągłego Stołu, które początkowo miały być tylko niewielkim ustępstwem na rzecz opozycji. Gdy 4 czerwca 1989 r. w czasie wyborów Polacy powiedzieli PZPR „nie”, wiadomo było, że PRL nie może trwać dłużej. Mazowiecki został premierem solidarnościowego rządu (innymi kandydatami byli Bronisław Geremek i Jacek Kuroń) i zaczął przechodzić od Polski Ludowej do III Rzeczypospolitej: z konstytucji usunięto symbole i frazeologię komunistyczną, zaczęto budować dobre stosunki z Zachodem (w tym z Niemcami), wreszcie przeprowadzono reformy gospodarcze, które stworzyły w Polsce wolny rynek.
Mazowiecki nie nadawał się na rewolucjonistę, nie chciał nim zresztą być. Nie był politycznym pokerzystą, który chce wszystkich ograć. Stawiał na spokój, dialog i rozsądek. Zemściło się to na nim już wkrótce, gdy okazało się, że proces rozliczania z dyktaturą komunistyczną kuleje, m.in. z powodu słabej kontroli rządu nad Służbą Bezpieczeństwa, która zniszczyła swoje dokumenty i tuszowała zbrodnie. Można się zastanawiać, czy w warunkach transformacji ustrojowej i porozumienia Okrągłego Stołu była lepsza droga?
Tadeusz Mazowiecki swoim wrogom kojarzy się z „grubą kreską” – brakiem rozliczenia komunistów, swoistym zapomnieniu im grzechów. Wszyscy powołują się na jego expose, w którym powiedział: Rząd, który utworzę, nie ponosi odpowiedzialności za hipotekę, którą dziedziczy. Ma ona jednak wpływ na okoliczności, w których przychodzi nam działać. Przeszłość odkreślamy grubą linią. Odpowiadać będziemy jedynie za to, co uczyniliśmy, by wydobyć Polskę z obecnego stanu załamania. Co miał na myśli? To, że nie odpowiada za fatalny stan, w którym znalazła się Polska po 45 latach rządów komunistów. Że nastąpiła zmiana i należy wziąć się do roboty. Niestety, jak to zwykle bywa, społeczeństwo nie zawsze pamięta dokładnie symboli, do których się odwołuje.
Mazowiecki nie osiągnął sukcesu jako polityk. Premierem przestał być po konflikcie z Wałęsą i przegranych wyborach prezydenckich. Jego partia Unia Wolności po dziesięciu latach znaczenia na polskiej scenie politycznej zniknęła, zostawiając po sobie pustkę. Mimo to Mazowieckie uznać trzeba za męża stanu i wielkiego Polaka. Był człowiekiem przyzwoitym, rozsądnym i przede wszystkim – nastawionym na dialog i współdziałanie, a nie polityczną jatkę. Brakuje dziś takich ludzi w polityce...
Tomasz Leszkowicz