----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

02 stycznia 2014

Udostępnij znajomym:

Trwa pobieranie wersji audio...
'

ROZDZIAŁ II

– „Jest! Jest! Nasz jest!”. Te słowa wypowiadano, półgłosem, ale biła z nich niezmierna radość. Sąsiedzi padali sobie w ramiona, płacząc ze szczęścia. 16 października 1978 niczym się w życiu Ryśka Kamińskiego nie wyróżniał – to był taki sam dzień, jak inne – jednak panujące wokół podekscytowanie udzieliło się i jemu. Trzeba było jak zwykle wynieść śmieci, więc porwał kubełek i wybiegł na podwórko, ciekaw, co na to wszystko chłopaki. Pod klatką natknął się na Waldka. Chłopak siedział na ławeczce i mamrotał coś pod nosem. Obok stał Mirek Ząbkowski, nazywany Mistrzem, i skubał słonecznik. Obaj miny mieli nietęgie.

– Słyszeliście? Mamy papieża Polaka! – wypalił podniecony Rysiek. Spodziewanego efektu nie było. Nikt nie podskoczył z wrażenia, nikogo informacja nie poruszyła.

– Nie jest, kur.. dobrze… Nie jest dobrze. Kur.., niedobrze. Nie jest dobrze, kur.. – słowa padające z ust Waldka wprawiły Ryśka w osłupienie.

– Co ty pier.....? Jak niedobrze? Pogięło cię? – Ry­siek nie rozumiał, o co chodzi. Mistrzu stał obok i skubał słonecznik. Nie odzywał się. Jego milczenie było bardzo wymowne. Coś się musiało stać.

– Niedobrze, kur... Oj, niedobrze. Nie jest dobrze. Jasna cholera, niedobrze – Waldek uparcie trzymał się swojej wersji.

Nagle zerwał się, jak oparzony, na równe nogi i rzucił pełne przerażenia spojrzenie najpierw Ryśkowi, potem Mistrzowi.

– Mówię wam, kur.., że nie jest dobrze – stwierdził ostatecznie i bez słowa pożegnania pognał ile sił w nogach w głąb osiedla, w sobie jedynie znanym celu.

Rysiek przez chwilę widział jedynie jego długie prawie do pasa włosy, rozwiane wokół głowy. Mistrzu nawet nie podniósł wzroku – skubanie pestek uznał za zajęcie nieporównywalnie bardziej interesujące, niż zajmowanie się Waldkiem.

– Co jest, Mistrzu? Wiem, że Waldka czasem wali w dekiel, ale dzisiaj to, kurde, przegiął – ogłupiały Rysiek stał z kubełkiem śmieci w ręku, nie rozumiejąc, co się dzieje.

Mistrzu pociągnął znacząco nosem, spoglądając na Ry­śka z politowaniem i współczuciem jednocześnie. Jego grobowy głos zabrzmiał jak zapowiedź co najmniej końca świata.

Waldek był dzisiaj na rejestracji przedpoborowych.

– O, kur..! Idź w ch..! – wyrwało mu się, choć będąc dobrze wychowanym młodzieńcem, Rysiek starał się wulgaryzmów unikać. Tak go przynajmniej uczono w domu.

– Wygląda na to, że idzie do syfu.

– O, ja pier....! Zetną mu padła! – wiadomość zrobiła na nim piorunujące wrażenie, tym bardziej, że taki los już niedługo mógł spotkać jego samego, z czego Mistrzu zdawał sobie doskonale sprawę. – Takie padła! Tyle zapuszczania na nic.

– Nie będą się z nim pieprzyć. Ogolą na łyso i już.

– Mistrzu nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.

– Trzeba spier.... – stwierdził autorytatywnie i poszedł do domu, bo tego dnia puszczali w radiu kolejny album kanadyjskiej grupy Rush, a Mirek chciał go nagrać.

– Coś ty tam mówił? Wybrali naszego na papieża?

– spytał na odchodnym.

– Tak – odrzekł przygnębiony Rysiek. – Ale to nieważne. Nie wiem, czym się tak starzy podniecają.

Rozeszli się, każdy w swoją stronę – Mistrzu do swojego bloku, a Rysiek do śmietnika.

– Hej, Rychu! Słyszałeś? Mamy papieża Polaka!

– obejrzał się. Przy śmietniku stał rozpromieniony Romek. – Ale teraz będzie jazda! Komunę szlag trafi, jak nic!

– Co ty mi tu pieprzysz o papieżu…. Waldek był na rejestracji przedpoborowych i chyba idzie do syfu, bo dostał A1! – Rysiek zupełnie już zapomniał, że zaledwie chwilę temu sam ekscytował się niezwykłą wiadomością.

– Nie pier...! Waldek? – Romek rozpromienił się jeszcze bardziej.

Był to człowiek ulepiony z innej gliny, niż pozostałe chłopaki z podwórka – porządnie ubrany i zbytnio nie przejmujący się życiem. Romek miał bzika na punkcie muzyki.

O ile wszyscy normalni ludzie muzyki słuchali, to ten za wszelką cenę chciał grać. Nawet kleju nigdy nie wąchał, twierdząc, że to zabija mózg. Słowem dziwak, ale chłopaki go jakoś tolerowały.

– Wiesz, co to znaczy? Każdego z nas kiedyś dupną, jak czegoś się nie wymyśli – ciągnął Romek. – Ja to bym poszedł na studia, ale, kurde, na jakie? Ciebie, chłopie, zgarną, bo kolejnej teorii względności to ty nie wymyślisz.

I tak cud, że cię w tym technikum trzymają.

– Ty mnie, kurde, nie obrażaj, bo jak się wkurzę... – oburzył się Romek.

– No właśnie…..

– Idź wywal te śmieci, bo śmierdzi jak cholera. Idę do sklepu, stara kazała kupić ocet. Zaraz jeszcze pogadamy

– Romek odwrócił się i odszedł w stronę supersamu.

Z kubełka faktycznie śmierdziało, ponieważ matka wy­waliła skisłe ogórki. Ryśka dopadły niewesołe myśli. Waldka zgarniają do wojska, o nich też się pewnie niedługo upomną. 16 października 1978 roku życie było parszywe.

– Hej, Rychu! Słyszałeś, że wybrali Polaka na papieża?!

Rysiek starannie wytrząsnął śmieci do kontenera. Podekscytowanie Adasia nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia – spojrzał ponuro na kolegę i wycedził:

– Co tam papież! Słyszałeś, że Waldek był na rejestracji przedpoborowych i dostał A1?

– Nie pier...! – wybąkał Adaś.

Tego dnia hierarchia ważności informacji układała się zdecydowanie na niekorzyść papież Polaka.

– To prawda, przed chwilą gadałem z Mistrzem. A Waldek to gdzieś poleciał i znowu pewnie trzeba będzie go szukać.

Tymczasem nadszedł Romek.

– Ty, Romuś, jak jest? – zagadnął Adam.

– Kijowo, ale damy radę – roześmiał się zagadnięty.

„A może ten dzień nie był do końca taki zły?”, pomyślał Rysiek i właśnie miał się żegnać, bo zapadł już zmierzch, gdy jego wzrok przykuła scena rozgrywająca się na przystanku autobusowym.

– Ej, patrzcie! – ruchem głowy wskazał kumplom przystanek.

W szybko zapadającym zmroku czterech mężczyzn szarpało i popychało młodą dziewczynę, bawiąc się przy tym doskonale. Dziewczyna była tak przerażona, że nie stawiała żadnego oporu. Szlochała tylko cicho, błagając, by pozwolili jej odejść.

– Majecha z kumplami – powiedział Adam z nutką agresji w głosie.

Wszyscy wiedzieli, kto to jest Majecha. Niereformowalny kryminalista, który większość życia spędził w więzieniach, znany w okolicy oprych. Ulica była już zupełnie pusta i na jakąkolwiek pomoc raczej nie można było liczyć. Poza tym z Majechą i tak nikt nie odważyłby się zadrzeć. Posterunek milicji był zbyt daleko, a telefon w domu mało kto wtedy posiadał. Chłopcy stali bezradnie, zastanawiając się, co zrobić, gdy do grupki oprychów podszedł szybkim krokiem starszy człowiek w kapeluszu.

– Patrzcie, jakiś dziadziuś idzie. Dostanie wpier...– wyszeptał Romek.

– Dobry wieczór panom. Chciałbym was prosić, byście pozwolili tej pani odejść. Najwyraźniej nie czuje się tu najlepiej i pewnie chciałaby wrócić spokojnie do domu – powiedział starszy człowiek.

Słysząc te słowa, bandziory zgłupiały na moment, lecz trwało to tylko krótką chwilę. Majecha uśmiechnął się szeroko, szczerze rozbawiony.

– Dziadziuś, poje.... cię? Wypier...., póki mam do­bry humor, bo ci dupę skopię i bratków nasadzę! – krzyknął ku uciesze kompanów.

– Bardzo panów proszę, nie róbmy niepotrzebnego zamieszania. Nikomu nie musi się stać żadna krzywda. Pozwólcie mi odejść z tą panią – mówił grzecznie staruszek.

– Wkur..... mnie, dziadek! – Majecha zaczynał tracić cierpliwość. – Edek, przypier... mu, bo nie chcę sobie łamagą rąk brudzić.

Bandziorowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wziął potężny zamach, lecz zanim jego pięść wylądowała na głowie staruszka, błyskawiczne kopnięcie w splot słoneczny pozbawiło go tchu. Oprych zgiął się w pół i opadł na kolana. Widząc to, jego kompani z wściekłością rzucili się na staruszka. Tylko Majecha przyglądał się całej sytuacji z otwartymi ustami, nie mogąc opanować zaskoczenia. Potyczka była krótka. Kilka sekund później mężczyźni leżeli na ziemi, zwijając się z bólu. Dwaj z nich mieli połamane ręce. Majecha doszedł już do siebie po pierwszym szoku i wydobył zza pasa nóż. Dziadek nawet nie drgnął, tylko z zaciekawieniem wpatrywał się w bandziora. Kryminalista zręcznym ruchem pchnął przeciwnika w brzuch, lecz ten usunął się, jakby od niechcenia i wymierzył bandycie potężny, precyzyjny cios w podbródek. Nożownik osunął się nieprzytomny na ziemię. Dziewczyna natychmiast uciekła, a starszy człowiek ruszył w kierunku stojących opodal chłopców.

– O, Maliński i reszta…. Co to, już nie mówicie mi „dzień dobry”? – profesor Kwiatkowski zwrócił się do nich łagodniej niż zwykle.

Jak na komendę wymamrotali grzecznościową formułkę, wciąż gapiąc się na niego baranim wzrokiem.

– Mam do was prośbę, chłopaki. Nie mówcie nikomu coście tutaj widzieli. Milicja tylko niepotrzebnie zadawałaby pytania. Tamci nie będą kłapać dziobem, bo będzie im wstyd. Wy też zapomnijcie – powiedział i odszedł w głąb osiedla. – A tak nawiasem mówiąc – rzucił na odchodnym – to moglibyście odwiedzić starego nauczyciela i opowiedzieć, co się z wami działo od czasów podstawówki. Mieszkam na Wieniawskiego 30 przez 6. No, to na razie. Uciekajcie do domu, bo już ciemno.

Gdzie mieszka Kwiatkowski, przyjaciele wiedzieli już dawno. Sprawdzili to lata temu, kombinując, jak by się tu na nim zemścić za swoje upokorzenia w szkole. Na szczęście nic wtedy nie wymyślili.

Jeszcze przez długą chwilę stali oniemiali, wpatrując się jeden w drugiego, a potem, jak na komendę, bez słowa ruszyli do domów. Rysiek rozcierał czerwone pręgi na wewnętrznej stronie dłoni. Trzymał rączkę kubełka tak mocno, że plastik werżnął mu się w ciało.

W nocy przewracał się z boku na bok, bardzo długo nie mogąc zasnąć.

– Kwiatkowski odezwał się do was ludzkim głosem?!

– Mistrzu spytał z niedowierzaniem, gdy spotkali się następnego dnia.

– Normalnie zaprosił nas, żebyśmy go odwiedzili w do­mu – zapewniał go Rysiek.

– Ściemniasz, facet – kumpel nie dawał się przekonać. – Kwiatkowski nigdy nie gadał z żadnym uczniem jak

z czło­wiekiem.

– Ale to jeszcze nic! Ty wiesz, co zrobił z Majechą i jego kumplami?!

– Z Majechą? Co zrobił? Chyba zebrał kopy w dupę od każdego po równo?

– Spuścił im wpier..., aż miło!

– Co ty pier......? Chybaś się z głupim przez ścianę macał... Gdzie? Jak? Kiedy? Majecha by wytarł Kwiat­kow­skim podłogę lewą ręką, mimo tych historyjek, że on to niby jakiś cichociemny z wojny. Idź do lekarza, bo masz jakieś zwidy.

– Mówię ci! Romek i Adaś mogą potwierdzić.

– Cześć, ludzie! Żałuj Mistrzu, że nie widziałeś wczoraj, jak Majecha z kumplami zebrał od Kwiatkowskiego – Adam pojawił się w samą porę, żeby potwierdzić słowa kolegi.

– W życiu bym nie pomyślał, że Kwiatkowski ma taką parę! Jak przypierdolił Majesze, to myślałem, że mu łeb urwie.

A myśmy się na niego parę lat temu szykowali. Dobrze, żeś nas wtedy powstrzymał, Mistrzu. Ja nie mogę, ale by nam łomot spuścił! Ty, Rychu, idziemy do niego? Sam zapraszał, nie?

Mirek Ząbkowski był zupełnie zaskoczony, ale, jak to on, starał się trzymać klasę i nie dać niczego po sobie poznać. Mimo to widać było, że informacja o Kwiatkowskim mało nie zwaliła go z nóg.

Marek Kędzierski – autor powieści sensacyjnych, które szybko zdobyły sobie rzesze wiernych fanów



'

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor