Współczesna pop kultura, zdominowana i zdefiniowana przez elektroniczne gadżety jest z jednej strony identyczna z pop kulturami sprzed lat, bo jak wszystkie wytwory popularne musi być łatwa, lekka i przyjemna, nawet jeśli nosi w sobie elementy śmierci, strachu czy przerażenia. Z drugiej, właśnie dzięki niebywałej wręcz łatwości w dostępie do informacji jest odmienna od tego wszystkiego, co było. Wiemy, albo lepiej, możemy o wszystkim wiedzieć natychmiast, oglądać wszystko, kupić wszystko, przesłać wszystko i sprzedać wszystko – czy to stanowi, że lepiej rozumiemy siebie, innych i świat? Oczywiście, że nie – ale współczesna pop rzeczywistość jest w związku z tym o wiele pewniejsza siebie i bardziej agresywna niż jakakolwiek podobna jej forma w przeszłości.
Jacek Żakowski pisał swego czasu w polityce:
/Masa, która poczuła się bezpiecznie, nabiera przekonania, że umie świat ogarnąć. Kiedy widziała niebezpieczeństwo, gdy przymierała głodem, umierała od banalnych chorób i w każdej chwili mogła zginąć z jakiejś obcej ręki, sama oddawała się pod opiekę mądrzejszym. "Podniesienie dziejów" sprawiło, że "masy zhardziały w stosunku do mniejszości; nie są im posłuszne, nie naśladują ich ani nie szanują; raczej wprost przeciwnie, odsuwają je na bok i zajmują ich miejsce". W przestrzeń wlewa się masowość. "Człowiek masowy czując się pospolitym, żąda, by pospolitość była prawem i odmawia uznania jakichkolwiek nadrzędnych wobec siebie instancji".
Można powiedzieć: a cóż w tym jest złego. Trudno przecież ludziom pospolitym odmówić prawa okazywania własnej tożsamości. Sęk w tym, że sprawy idą dalej. "Umysły przeciętne i banalne, wiedząc o swojej przeciętności i banalności, mają dziś czelność domagać się prawa do bycia przeciętnymi i banalnymi i do narzucenia tych cech wszystkim innym".
Ortega – wbrew pozorom – nie był wrogiem masy. `społeczeństwo jest zawsze dynamicznym połączeniem (...) mniejszości i mas", pisał. Ale przerażało go umasowienie. W człowieku masowym widział najgorsze cechy zepchniętej ze sceny starej arystokracji. `skłonność do czynienia z zabawy i sportu głównej sprężyny życia; pielęgnacja własnego ciała, dbałość o urodę i strój; brak romantyzmu w stosunkach z kobietami; zabawianie się z intelektualistami z odczuwaniem w głębi duszy pogardy dla nich (...) upodobanie do życia pod rządami absolutnymi i niechęć do dyskusji politycznych".
W oczach Ortegi masa nie jest jednak motłochem, tłumem ani nawet gawiedzią. "Podział społeczeństwa na masę i wybrane mniejszości nie jest podziałem na klasy społeczne, lecz na klasy ludzi". Europejska tradycja władzę, społeczne przywództwo, moc stanowienia standardów oddawała mniejszościom. Bardziej wykształconym, myślącym, mądrzejszym. W Sierpniu robotnicy, którzy byli społeczeństwem - nie masą - na przywódców wybrali najmądrzejszych w Stoczni, a potem poprosili o pomoc doradców, żeby im poradzili, jak mają zwyciężyć. Masa nie chce od ekspertów rady. Chce tylko, żeby potwierdzili jej masowe poglądy. Problemem naszych czasów jest panowanie masy (...) w grupach elitarnych (...) stały wzrost znaczenia pseudointelektualistów".
Czy czytamy zatem te mierne przecież literacko super-mega hity wydawnicze, bo czytają wszyscy, a skoro czytają wszyscy, to ja też muszę, bo absolutnie nie mogę być inny, indywidualnie odmienny, różny i odstający od przeciętnej? Być może jest to jedna z odpowiedzi na niezrozumiałe do końca procesy tworzące wydarzenie zwane „bestsellerem”.
Kultura niewymagająca dominuje w powszechnym obiegu, jak pisze Żakowski, bo jest kulturą „byle jakiej łatwości” i nie byłoby w tym absolutnie niczego nadzwyczajnego, gdyby nie element dominacji i powszechnej aprobaty. Odwróciły się kierunki społecznych aspiracji i tworzenia elit. Nie aspiruje się już z powszechności do indywidualności. Powszechność, a co za tym idzie przeciętność, są uznanymi kategoriami, których już nie trzeba się wstydzić. To raczej indywidualność i ekskluzywność budzi wśród szerokiej publiczności uśmieszek politowania.
Jeśli mówimy dzisiaj o arcydziełach literatury światowej, to mówimy o działach, których prawie nikt nie czyta i co najgorsze nawet nie zna z tytułu. Jeszcze nie tak dawno było nie do pomyślenia, żeby nie znać przynajmniej z tytułu albo nazwiska autorów elementarnego kanonu literatury światowej, teraz nie ma to już w towarzyskim układzie jakiegokolwiek znaczenia, nie określa pozycji lub statusu. Znajomość wybitnej literatury stało się hobby dla niewielu na takiej samej zasadzie jak znajomość dzieł operowych. Ciekawym jakkolwiek przypadkiem jest casus Kodu Leonarda i Inferno Dana Browna. Te tytuły wzbudziły szerokie zainteresowanie czy to dziełami Leonarda da Vinci czy Boską Komedią Dantego wśród ogromnej liczby czytelników, którym do tej pory było raczej wszystko jedno, kto napisał Boską Komedię czy namalował Ostatnią wieczerzę.
Niezwykle ciekawym, w tym kontekście, przypadkiem jest również erotyczna trylogia E.L. James rozpoczynająca się tomem „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Ten extra-super-mega hit jest nieustannie kupowany i pożądany przez czytelników, mimo że pojawił się na rynku już w 2012 roku, reklamując się już wtedy jako:
Niezwykły sukces damskiego porno inspirowanego cyklem "Zmierzch"! "Pięćdziesiąt twarzy Greya" to powieść, która odmieniła życie seksualne milionów kobiet!
Smagnięcia pejczem, skórzane pasy krępujące ręce, podniecające ukąszenia... Za posiadanie książki markiza de Sade groziło kiedyś więzienie. Czasy się zmieniły, "50 twarzy Greya" E. L. James możemy dziś kupić bez takich konsekwencji. W USA w ciągu trzech pierwszych miesięcy powieść sprzedała się w liczbie 20 milionów egzemplarzy!]
Pod pseudonimem E. L. James ukrywa się była producentka telewizji BBC Erika Leonard. Początkowo zamieszczała swoją twórczość na blogu fanów sagi o wampirach - miała to być kontynuacja losów bohaterów "Zmierzchu". Jej wpisy zostały jednak usunięte jako zbyt pornograficzne. Wydawnictwo, które odważyło się opublikować książkę Leonard, nie spodziewało się takiego sukcesu i burzy medialnej. Niedawno w bitwie o zekranizowanie "Pięćdziesięciu twarzy Greya" brały udział największe wytwórnie filmowe. Krucjatę przeciwko powieści rozpoczęli już niektórzy duchowni. Autorka jeszcze podgrzewa atmosferę, mówiąc w wywiadach, że w "50 twarzach Greya" opisała tylko swoje fantazje erotyczne.
Kontynuacja artykułu za tydzień.
Zbyszek Kruczalak
'