----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

12 lutego 2014

Udostępnij znajomym:

Posłuchaj wersji audio:

'

Chłopak poczuł się trochę zbity z tropu, bo nie spodziewał się, że Kwiatkowski będzie próbował z nim rozmawiać w taki sposób. Poczuł się prawie zawstydzony, że nie jest, jak Romek Maliński, ucz­niem technikum. Ten niezwykły belfer wciąż budził w nim niepokój, pomieszany z ogromnym szacunkiem i pewnego rodzaju fascynacją. A w dodatku w tym niemłodym już człowieku, było coś, co budziło jego zaufanie.

– Tak jak panu Romek tłumaczył, ja nie mam warunków. Może bym i poszedł, ale jak? Gdzie się uczyć? Przy pijackich śpiewach?

– Mógłbyś się uczyć u mnie.

Adam spojrzał na nauczyciela jak na UFO, które właśnie raczyło wylądować na środku niewielkiego pokoju.

– No co pan! U pana?!

– Tak, u mnie. Mówię zupełnie poważnie. Warun­ki do nauki miałbyś idealne.

Dopiero lata później Adam w pełni zrozumiał i docenił szlachetność profesora. Tego popołudnia w ich długiej rozmowie przewijały się przeróżne te­maty. I tak zaczęła się ich niezwykła przyjaźń.

 

ROZDZIAŁ V

Szkolenie Adama, którego profesor Kwiatkowski podjął się po dogłębnym przemyśleniu sprawy, przebiegało prawidłowo. Mijały tygodnie, a młodzian chodził przyzwoicie poobijany, co oznaczało, że polonista nie stosował wobec niego taryfy ulgowej.

Tego niezbyt fortunnego dla Gawlika dnia sala gimnastyczna Szkoły Podstawowej nr 4 jak zwykle obezwładniała uczniów mieszaniną odoru starych przyrządów sportowych i zastarzałego potu, ale Adam zdążył się już do tego przyzwyczaić. Poza tym atmo­s­fera panująca na popołudniowych spotkaniach z byłym nauczycielem polskiego była zupełnie inna, niż ta na zajęciach prowadzonych przez nauczyciela WF-u.

Profesor Kwiatkowski z niesmakiem obserwował poczynania swojego ucznia.

– Co ty wyprawiasz? W taki sposób nigdy się ni­cze­go nie nauczysz. Panuj nad sobą – nauczyciel rzucił ślepo szarżującego chłopaka na podłogę. Ten zwalił się na plecy z potężnym hukiem. – Co jest, Adam? Chodź tu. Siadaj i mów, co się stało.

Adam wstał, ale nie podszedł do profesora.

– Nic się nie stało. Możemy ćwiczyć dalej. Teraz się skupię.

– Powiedziałem: siadaj – rzucił ostro profesor i wskazał mu materac pod ścianą.

Chłopak posłusznie usiadł. Zacisnął usta, tłumiąc agresję. Jego rogata natura nie nawykła do posłuszeń­stwa, lecz Kwiatkowski nad nim jakąś tajemniczą władzę, której Adam nie mógł się oprzeć.

– Niech zgadnę. Twój problem nazywa się Ewa Terkowska.

Adam zgłupiał. Podniósł wzrok i szeroko otworzył usta ze zdziwienia. Profesor Kwiatkowski nigdy nie przestawał go zaskakiwać.

– Skąd pan, kurde, wie? – wydukał.

– Posłuchaj mnie. Po pierwsze, wiem znacznie więcej, niż jesteś w stanie sobie wyobrazić. Po drugie, młody jesteś i jeszcze musisz się dużo nauczyć. Przede wszystkim musisz zmądrzeć. Nie możesz wie­cznie być nędznym przygłupem. Terkowska to gówniara, która z takimi matołkami jak ty robi, co tylko chce. Daj sobie z nią spokój i nie pozwól sobą pomiatać. Są daleko ważniejsze rzeczy, na których musisz się skupić. Jeszcze zdążysz się zakochać, bez obaw.

Adam gładko przełknął obelgi, bo myślał jeszcze na tyle trzeźwo, by zdać sobie sprawę, że ten człowiek miał rację. Trudno jednak było nakazać młodzieńcze­mu uczuciu, jakże szczeremu i prawdziwemu, by raz na zawsze zniknęło bezpowrotnie.

– Chcesz iść do domu, czy bierzesz się do roboty? – spytał rzeczowo Kwiatkowski.

– A w takim razie jak było u pana? Czemu pan jest sam?

– Coś ci się chyba pomyliło, kolego. Ja miałbym ci opowiadać o swoim życiu osobistym? Niby z jakiej racji?! Stuknij się w ten durny, młody łeb.

Mimo tych ostrych słów Juliusz Kwiatkowski miał dziwne uczucie, że gdyby miał kiedykolwiek się komuś zwierzać, to najprawdopodobniej byłby to właśnie ten niepozorny młodzieniec. W tym młodym człowieku coraz bardziej odnajdywał siebie – siebie z dawnych czasów. Jakże inne to były lata, warunki i ideały, lecz młodzież zawsze jest taka sama – pełna buntu, romantyczna i szalona. Choć nie, teraz już trochę jakby mniej. Ten młodzian był niczym żywcem przeniesiony z lat, kiedy to on, Juliusz Kwiatkowski, dorastał. Wtedy też kochało się na zabój. Dzisiaj ludzi takich jak Adam Gawlik jest niewielu. Pełnych determinacji, inteligentnych, choć nieumiejących zdobywać wykształcenia, lecz wkładających serce we wszystko, co robią. Dlatego postanowił otoczyć go swoją opieką i w miarę możliwości pokierować jego życiem.

– To trochę niesprawiedliwe, że pan tyle o mnie wie, a ja o panu nic – chłopak nie dawał za wygraną.

– A kto ci powiedział, że życie jest sprawiedliwe? Bierz się za ćwiczenia. Może kiedyś, jak będę miał dobry humor, to ci coś opowiem. Na razie nie czuję takiej potrzeby i to ci powinno wystarczyć.

Czasem trudno było Adamowi lubić tego podstarzałego nauczyciela, ale mimo wszystko darzył go zupełnie dla siebie niezrozumiałą sympatią. Coś w nim było. Coś, co młodego człowieka fascynowało, a jednocześnie budziło pewnego rodzaju lęk. Juliusz Kwiatkowski był raczej oschły, ale chłopak doskonale wyczuwał jakieś głębokie, niezwykle intensywne ciepło drzemiące w tym człowieku, budzącym wśród uczniów powszechną obawę i często niechęć. I nie mylił się.

– Trzymam pana za słowo.

– Co?

– Powiedziałam, że trzymam pana za słowo, że mi pan coś opowie o sobie.

– A trzymaj sobie. Chodź tu i uderz tak, jak cię uczyłem. Tylko tym razem myśl, co robisz. No?

Chwilę później Adam ponownie lądował na podłodze, a Kwiatkowski z kwaśną miną obserwował jego wyczyny. Mimo, że chłopak nadal leciał na pysk, to teraz padało mu się lżej, dużo lżej. Przynajmniej na duszy.

 

ROZDZIAŁ VI

Rysiek ucieszył się, widząc Adama na żarskim deptaku. Od czasu, gdy dostał się na polonistykę

we Wrocławiu, ich drogi się rozeszły. Miło było znowu zobaczyć starego kumpla.

– No, jak tam, student? Jest dobrze? – spytał Adam.

– No tak średnio, bo trzeba dużo czytać, ale jakoś sobie radzimy. Najgorszy był pierwszy rok, potem to już leci. A ty jak się uchowałeś od Ludowego Wojska Polskiego?

– Ojciec Mistrza załatwił mi odroczenie, ale nie na długo. Na wiosnę pewnie mnie dupną. W każdym razie mam te parę miesięcy wolności.

– Gdzie pracujesz?

– W Spomaszu. Jakąś kasę przydałoby się odłożyć, bo jak wrócę z armii, to bierzemy z Basią ślub i na mieszkanko wpłacę.

– Z kim? – nie załapał Rysiek.

– No, z Basią Roszak. Znasz ją. Chodziła z nami do podstawówki.

– No proszę! Toście się jednak zeszli?

– To cudowna dziewczyna. Gdzie ja miałem oczy przez te lata?!

– Super, Adaś! Wreszcie ci się poukładało w sprawach sercowych. A co u Romusia? Masz z nim jakiś kontakt?

– Dostał się na WSP w Zielonej Górze. Też przepadł, tak jak ty.

– Romek… na Wyższą Szkołę Pedagogiczną?

– Rysiek nie wierzył własnym uszom. – Ten to jest cwaniak! On w życiu nie zginie…

– No dobra, muszę lecieć. Kwiatkowski nie lubi, jak się spóźniam na treningi. Do kiedy jesteś? Wpadł­byś do mnie, to bym w szachy ci dołożył.

– Ty mi? Chciałbym to zobaczyć – odpowiedział Rysiek buńczucznie. – Ostatnio wygrałeś fuksem! Dzisiaj wracam do Wrocławia, ale wpadnę do ciebie, jak będę następnym razem. Trzymaj się, gościu.

– Ty też. Na razie!

cdn

Marek Kędzierski – autor powieści sensacyjnych, które szybko zdobyły sobie rzesze wiernych fanów

 

 

 



'

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor