Kolejny trening zapowiadał się inaczej. Pan Julek – Adam już od dłuższego czasu tak się do niego zwracał – nie miał na sobie zwyczajowego dresu, tylko normalny szkolny garnitur, a w ręku trzymał łuk i strzały. Jednak nie była to zwykła zabawka, jakich wiele można było dostać w sklepie sportowym. Chłopak nigdy przedtem takiego nie widział. Czarny, rzeźbiony na uchwytach, z cięciwą ze stalowej linki. Najwyraźniej trener szykował mu niespodziankę.
– Ten łuk jest podobny do tego, jakim posługiwali się kiedyś samuraje. Pamiętasz, opowiadałem ci o nich – powiedział pan Julek.
– Pewnie, że pamiętam – skwapliwie potwierdził chłopak.
– A potrafiłbyś z niego strzelić?
– Chyba tak…
Lata zabaw we wczesnym dzieciństwie nie przeminęły bez echa. Adam, jako Indianin, wprawiał się w strzelaniu z broni własnej roboty, dlatego niecierpliwie czekał na rozpoczęcie treningu.
Pan Julek podał uczniowi łuk.
– Spróbuj trafić w tarczę.
Cel wisiał w odległości jakichś piętnastu metrów. Adam napiął łuk, rozkoszując się mocą cięciwy, a potem wycelował i wypuścił strzałę, trafiając w sam środek tarczy. Chłopak spojrzał na polonistę wyczekująco – widać było, że po raz pierwszy w życiu udało mu się go zaskoczyć.
– Zabawy w Indian i kowboi, panie Julku… – powiedział z nieukrywaną satysfakcją.
– No, no, widzę, że może jeszcze będą z ciebie ludzie. Nie jesteś chyba taką skończoną łamagą, jak myślałem i mój trzyletni trud może nie pójdzie na marne.
Adam uśmiechnął się z zadowoleniem. W ustach profesora był to najwyższy komplement. Trzy lata szkolenia sprawiły, że w praktycznej walce wręcz doganiał już swojego nauczyciela, a wiele wskazywało na to, że w niedługim czasie prześcignie swego mistrza. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę, choć słowa pochwały z ust polonisty nie padały właściwie nigdy, gdyż nauczyciel uznał to za sposób na hartowanie ducha wychowanka.
– No to teraz bierz drugą strzałę i strzel mi prosto w serce – powiedział spokojnie polonista i odsunął się w pobliże tarczy.
– Słucham? – zapytał kompletnie zaskoczony Adam.
– No co się głupio pytasz? Strzelaj mi w serce. Tu – pokazał palcem – jakbyś nie wiedział. No, nie stój jak baran. Dalej, rusz się!
– Panie Julku, co pan?
– Do cholery, kto tu kogo uczy?! Ty mnie, czy ja ciebie?! – zdenerwował się nauczyciel. – Nic mi nie będzie, nie bój się. Jeszcze nie zwariowałem, tylko chcę cię czegoś nauczyć. No, strzelaj!
Chłopak jak w transie naciągnął łuk i wypuścił strzałę, spodziewając się najgorszego. Pan Julek odchylił się błyskawicznie, w bok i do tyłu, z rękami założonymi na plecy, a strzała uderzyła w tarczę. Adam stał z otwartymi ustami, nie rozumiejąc co się stało.
– Następna! – zakomenderował nauczyciel.
Cztery kolejne strzały trafiły w tarczę zamiast w profesora. Młody człowiek był zupełnie skołowany.
– Jak... Jak pan to zrobił? – dopytywał się, wybałuszając oczy.
Nauczyciel zignorował pytanie, a tylko bez słowa podszedł do swojej teczki i wyciągnął jakieś zawiniątko. Odwinął z tłustej szmaty jakiś przedmiot i oczom zdumionego młodzieńca ukazał się pistolet. Najprawdziwsza broń palna, za posiadanie której w Polsce szło się do więzienia.
– To jest pistolet używany powszechnie przez amerykańskie siły specjalne. Dobrze utrzymany i sprawny. Magazynek też jest pełny – powiedział, podchodząc do Adama. – Tu się odbezpiecza, a potem pociągasz za cyngiel i bum. Musisz tylko wycelować.
Dokręcił tłumik, włożył broń w dłoń zdezorientowanego chłopaka i odszedł, by ponownie stanąć przed tarczą. Widząc, że młody człowiek wciąż nie może dojść do siebie po szoku, jaki zafundował mu przed chwilą, krzyknął:
– No co, do jutra tak będziesz stał?! Strzelaj!
Adam otrząsnął się. Spojrzał na pana Julka, wymierzył i pociągnął za spust, a nauczyciel, tak jak poprzednio, odchylił się w bok i do tyłu. Kula utkwiła w tarczy.
– Jeszcze raz!
Chłopak wymierzył i śmiercionośny pocisk znowu uderzył w tarczę, zamiast w serce profesora. Kolejne strzały również nie były w stanie wyrządzić mu najmniejszej krzywdy.
– Gdzie...? Jak...? Jak pan to robi? Gdzie się pan tego nauczył?!
– W Korei, chłopcze. Niektórzy Koreańczycy potrafią robić zdumiewające rzeczy. Teraz chodź tu i siadaj. Wytłumaczę ci jak to działa. Wszystko polega na obserwacji napięcia mięśni człowieka, który do ciebie mierzy – i nie tylko mięśni. Nie ma tu żadnych cudów.
Po krótkich i rzeczowych wyjaśnieniach nadszedł czas na ćwiczenia. Pan Julek wziął łuk, nałożył na groty strzał specjalne kołpaki ochronne i ustawił chłopaka przed tarczą.
– Pamiętaj o tym, co ci mówiłem. Patrz i reaguj.
Tego dnia Adam wrócił do domu okropnie posiniaczony od strzał, które wybrały sobie go za cel i były, niestety dużo szybsze, niż jego uniki. Nie pomogły wyrzuty i utyskiwania profesora Kwiatkowskiego – Adam czekała mozolna i bolesna praca nad opanowaniem tej cyrkowej umiejętności. Nie było to jednak dla niego nic nowego – po prostu kolejna rzecz, tym razem znacznie trudniejsza niż poprzednie, której, prędzej czy później, musiał się nauczyć.
ROZDZIAŁ VII
Tego dnia wiosna wreszcie dała o sobie znać. Adam czekał na swoją ukochaną na ich ulubionej ławeczce w parku, naprzeciwko doszczętnie zrujnowanego pałacu. Od wojny obiekt straszył pustymi okiennicami i gruzem walającym się pod murami, jako że remont pochłonąłby zbyt wiele pieniędzy.
Adam przyglądał się budowli, jednocześnie rozmyślając o Basi. Już od prawie trzech lat zadawał sobie to samo pytanie: gdzie on miał oczy, że nie dostrzegł tego cudu wcześniej?! Tak niewiele brakowało, by ich drogi się nie skrzyżowały. Tego dnia sama myśl o takiej ewentualności wywoływała w nim dreszcze. Przecież tyle czasu szukał swojego ideału, a ten był tuż, tuż. Wystarczyło tylko, by ustąpiła jakaś przeklęta ślepota, która nie pozwalała mu dostrzegać dziewczyny w całej jej krasie. To już jednak przeszłość – teraz duszę przepełniała mu euforia, że są razem i będą razem na zawsze.
Basia pojawiła się zupełnie z innej strony, niż się spodziewał. Zaszła go od tyłu i zasłoniła mu oczy swoimi drobnymi dłońmi.
– Kto to? – zapytała, siląc się na możliwie najniższy ton głosu, jaki potrafiła z siebie wydobyć.
– Chyba jakiś łobuz. Pewnie go zaraz złapię – podchwycił Adam.
W tym momencie pociągnął ją tak mocno za ręce, że chcąc nie chcąc, musiała go objąć mocno za szyję.
– Mam dla ciebie złą wiadomość, słoneczko – poiedział Adam z grobową miną, gdy już usiadła obok niego.
– Co się stało? – zapytała poważnie zaniepokojona dziewczyna.
– Dostałem bilet do wojska. Za trzy tygodnie muszę zgłosić się w jednostce, a to oznacza rozstanie na całe dwa lata. Jak ja bez ciebie wytrzymam?
cdn
Marek Kędzierski – autor powieści sensacyjnych, które szybko zdobyły sobie rzesze wiernych fanów
'