Właściciel Big Run Wolf Ranch w miejscowości Lockport postanowił odwiedzić lokalny bar. Zabrał ze sobą udomowionego tygrysa na smyczy. Większości bywalców lokalu odwiedziny tej nietypowej pary przypadły do gustu. Nie wszystkim jednak. Mężczyzna odpowie przed sądem za zagrożenie ludzkiego życia i niewłaściwe postępowanie z dzikim i potencjalnie groźnym zwierzęciem.
John Basile prowadzi rancho posiadające federalną licencję na hodowlę zwierząt występujących w Ameryce Północnej. W celach edukacyjnych są tam więc przetrzymywane między innymi wilki, niedźwiedzie, skunksy, jeżozwierze, kojoty, czy konie.
Tygrysy to jednak przedstawiciel innego kontynentu i na jego posiadanie mężczyzna posiadał osobne pozwolenie. Nie obejmowało ono jednak spacerów po mieście ze zwierzęciem na smyczy i do tego bez kagańca na pysku. Tym bardziej odwiedzin w miejscu publicznym, jakim niewątpliwie jest bar.
Opinie na temat tego wydarzenia są podzielone. Wiele osób uważa, że ewentualna kara dla niego będzie niesprawiedliwa, gdyż tygrys nikogo nie zaatakował i przez cały czas znajdował się pod opieką właściciela.
Inni przypominają jednak o tragedii przed kilku laty w San Francisco, gdy tygrys wydostał się ze swego wybiegu w ZOO, w wyniku czego jedna osoba poniosła śmierć, a kilka w ciężkim stanie trafiło do szpitala powtarzających się komentarzach.
Tygrysy, lwy, czy inne zwierzęta tego rodzaju mimo swego piękna i spokoju nie są zabawkami, ani zwierzętami udomowionymi. One na zawsze pozostają dzikimi drapieżnikami – mówili wtedy pracownicy ogrodów zoologicznych.
RJ