----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

25 marca 2014

Udostępnij znajomym:

Trwa pobieranie wersji audio...
'

Sabina Szymczyk weszła do dyżurki. Koledzy siedzieli wygodnie dookoła małego stolika, na którym stały na wpół opróżnione filiżanki kawy. Młoda lekarka objęła spojrzeniem całe pomieszczenie. Dwaj koledzy zajęci byli właśnie ożywioną dyskusją na temat jednej z pacjentek i nawet nie zauważyli wchodzącej koleżanki. Trzeci, odwrócony tyłem do drzwi, czytał gazetę.

– To prawda. Nieźle się trzyma, jak na takie obrażenia. Ktoś jej musiał porządnie z kopa przywalić. Moim zdaniem nie pociągnie dłużej niż trzy godziny – powiedział jeden z dyskutantów, wygodnie opierając się na sofie.

– Stawiam pół litra, że dociągnie do jutra rana – powiedział drugi. – A ty, Mietek, jak stawiasz? – zwrócił się do trzeciego.

– A co mnie to obchodzi? Niech zdycha, kiedy chce. Mam inne zmartwienia. Muszę wymienić świece w samochodzie. Macie jakieś znajomości w warsztacie?

– Świnie! Wy nazywacie się lekarzami?! Rzygać mi się chce, jak na was patrzę! – wykrzyknęła Sabina i wybiegła na korytarz, trzaskając drzwiami.

– Co ją ugryzło? – spytał lekarz, który przed chwilą gotów był postawić pół litra za śmierć Basi.

– Patrzyli na siebie zdumieni, zupełnie nie rozumiejąc dziwnej reakcji lekarki.

– Pewnie jej chłop nie dogodził – odpowiedział beznamiętnie właściciel niesprawnego samochodu.

Tymczasem Sabina Szymczyk szła szybkim krokiem przez korytarz. Od razu zorientowała się, że starsza kobieta i młody mężczyzna, siedzący pod salą, to bliscy krewni pacjentki z intensywnej terapii.

– Państwo od tej pobitej dziewczyny? – spytała.

Oboje jak na komendę poderwali się na równe nogi.

– Usiądźcie, proszę. Basia ciągle jest w bardzo ciężkim stanie, ale trzeba mieć nadzieję. Miała szczęście, bo operował ją neurochirurg z Wrocławia, pułkownik Zawodny, który akurat był u nas z wizytą. Trzeba mieć nadzieję.

Lekarka nie dodała, że operacja niewiele poprawiła stan pacjentki, jako że obrażenia wewnętrzne głowy były bardzo poważne. Sabina sama nie wierzyła w to, co mówi, ale nie chciała odbierać resztek wiary tym prostym ludziom, których dotknęła tak straszna tragedia. Poza tym było jej zwyczajnie wstyd, że należy do tego samego środowiska, co koledzy w dyżurce.

– Pani doktor, niech pani ją ratuje – szlochała Anna Roszak, biorąc lekarkę za rękę. – Ona jest takim dobrym dzieckiem. Proszę, pani doktor…

– Obiecuję pani, że osobiście będę się nią opiekowała. Jak tylko jej stan się poprawi, natychmiast panią poinformuję.

– Dziękuję, pani doktor. Pani jest dla nas taka dobra. Pani na pewno ją uratuje – powiedziała z niezłomną wiarą matka dziewczyny.

– Zrobię wszystko, co w mojej mocy.

Sabina czuła się nieswojo, wracając na oddział. Ta nieszczęśliwa kobieta liczy, że ona, młoda lekar­ka, dokona cudu. A przecież nie potrafi. Może za kilka godzin, może jutro, będzie jej musiała powiedzieć o śmierci córki. A przecież obiecała. Obiecała.

ROZDZIAŁ VIII

W jednostce Żagań-Las panował wzorowy porządek, dlatego bardzo szybko odnotowano brak jednego poborowego.Porucznik Jarosław Karski, dowódca kompanii, stał na baczność w gabinecie oficera politycznego, czekając na jego reakcję.

– Jak to się nie stawił? – kapitan Marian Błaszczyk nie bardzo pojmował, o co chodzi.

– Miał termin przedłużony do dzisiaj rano i nie ma go. Nazywa się Adam Gawlik. Jest z Żar – stwierdził rzeczowo Karski.

– Czy on głupi, czy co? Ma służyć rzut beretem od domu i wykręca taki numer! Przecież pójdzie do pierdla albo w najlepszym razie odsiedzi swoje w anclu. Trzeba go sprowadzić. Wyślij patrol, niech go zgarną, zanim sobie biedy narobi. No, kurwa, jak dzieci – denerwował się kapitan. – Jak będzie na jednostce, to od razu dawaj go do mnie. Mam dzisiaj służbę, to se pogadamy.

Kiedy porucznik wyszedł, Błaszczyk zmarszczył brwi. W głowie mu się nie mieściło, jak można być takim kretynem. Bilet do wojska w jednostce pod samym nosem, a temu się zachciało kombinować. Znowu trzeba będzie docierać kolejnego debila. Ale tym zajmie się już stare wojsko. Na takich sprawach znają się najlepiej…

Popijawa rozwijała się w najlepsze, gdy Tadek Gawlik i reszta gości usłyszeli natrętne walenie do drzwi. Spojrzeli po sobie zaskoczeni. Wypili sporo, fakt, ale wciąż jeszcze mieli kontakt z rzeczywistością.

– Nie otwieraj, Tadziu. Może to mendy – zasugerował bełkotliwie Jasiu Gruchała.

– E tam. Wczoraj dzielnicowy był, to gdzie men­dy? Idę, zobaczę, co za cholera – powiedział, podnosząc się i chwiejnym krokiem ruszył do drzwi. Kurczowo trzymając się klamki, przyglądał się przez chwilę przybyłym, a następnie odwrócił się do współbiesiadników z rozjaśnioną twarzą.

– O kurwa, wojsko! – uśmiechnął się radośnie.

– Ja już byłem w wojsku, ale mogę iść jeszcze raz – zabełkotał.

– Czy tu mieszka obywatel Adam Gawlik? – spytał ostro dowódca patrolu.

Nie miał ochoty na żarty, szczególnie w wykonaniu jakiegoś menela, który ledwie trzymał się na nogach.

– A bo co? A kto pyta? A jak mieszka, to co? – wy­pytywał Tadziu, bełkocząc z lekka.

– Plutonowy Wojcieszak – zasalutował służbiście dowódca patrolu, uświadamiając sobie po niewczasie, że jego rozmówca ledwie trzyma się na nogach. – Adam Gawlik nie stawił się w jednostce w celu odbycia służby wojskowej.

Tadziu ponownie odwrócił się do towarzyszy. Zachwiał się, lecz w porę złapał oburącz za futrynę i krzyknął radośnie:

– Kurwa, Adaś wojsko w chuja robi! Ale jaja! – ucieszył się szczerze. – Moja krew!

– To trzeba opić. Chodź, Tadziu – odkrzyknął Jasiu.

Gospodarz z niemałym trudem odwrócił się z po­wrotem w stronę żołnierzy.

– Adaś jest w szpitalu wojskowym. Jego dupa tam leży. Dostała wpierdol czy jak. Idźcie do szpitala – powiedział i bezceremonialnie zamknął żołnierzom drzwi przed nosem.

Żołnierze spojrzeli po sobie, zaskoczeni.

– Idziemy! – zakomenderował plutonowy, uznając, że dalsza ich tu obecność mija się z celem.

Z oddziału chirurgicznego wyszedł lekarz. Matka Basi poderwała się na równe nogi, patrząc na niego z nadzieją.

– Panie doktorze, co z moją córką? Będzie żyła? – zapytała błagalnym głosem.

– To nikt pani nie powiedział? – spojrzał na nią zdziwiony lekarz. – Idźcie załatwiać pogrzeb. Już po wszystkim. Pewnie już zawieźli ją do kostnicy.

Anna Roszak nie rozumiała jego słów. Stała z otwartymi ustami, odprowadzając go wzrokiem, a po chwili z jej piersi wydarł się straszliwy krzyk rozpaczy. Tak potrafi krzyczeć tylko matka, która straciła jedyne, ukochane dziecko. Adam stał oniemiały, nie mógł wykonać żadnego ruchu. Rzeczywistość zmętniała, czas zwolnił biegu. Obok przeszła pielęgniarka. Salowa płukała w wiadrze szmatę do podłogi.

cdn

Marek Kędzierski – autor powieści sensacyjnych, które szybko zdobyły sobie rzesze wiernych fanów



'

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor