----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

15 kwietnia 2014

Udostępnij znajomym:

Trwa pobieranie wersji audio...
'

– Właściwie nic wielkiego. Kot zaskoczył kilku sta­rych żołnierzy, trochę się im oberwało, a teraz siedzi w anclu i czeka na prokuratora. Na moje oko, to pójdzie siedzieć na parę latek. A i jednostka karna go nie minie.

– No widzisz, a ja słyszałem co innego. Podobno sam jeden złoił skórę pięciu ludziom. Takie rzeczy nie zdarzają się na co dzień. Nie szkoda takiego do więzienia?

– O czym ty mówisz, Wołodia? Ciężkie pobicie starszych stopniem, oni ledwie uszli z życiem. Nie wywinie się. Może i szkoda takiego, ale właśnie przygotowują dokumenty dla prokuratury. Podpisuję i do widzenia – powiedział major z rezygnacją.

– No to zrób coś dla mnie. Poczekaj z tym podpisem, a ja bym chciał zobaczyć tego mołodca, pogawarit niemnożka – zaproponował Iwanow.

– Dla ciebie wszystko, Wołodia. Mogę poczekać. Tylko to podobno wariat. Wczoraj w szpitalu wojskowym w Żarach zmarła mu żona czy narzeczona, nie wiem. Jakieś bandziory ją zgwałciły i zatłukły. Pewnie dlatego mu odbiło. Gotów się jeszcze na ciebie rzucić.

– Tym bym się nie przejmował. Nie myślisz chyba, że jakiś gołowąs da radę pułkownikowi sił specjalnych Armii Czerwonej?

– Wiem, Wołodia. Tobie nikt nie da rady. Możemy do niego iść choćby zaraz, jeśli chcesz.

W celi aresztu umeblowanie było nadzwyczaj skromne: stołek, malutki stolik i twarde łóżko, na dzień składane i zamykane na kłódkę. Adam miał teraz mnóstwo czasu na rozmyślania. Wydarzenia poprzedniego dnia docierały do niego ze zdwojoną siłą. Niewiele myślał o pobitych żołnierzach – dostali to, o co się prosili. Po raz kolejny przesuwały mu się w głowie obrazy od momentu, gdy znalazł Basię w krzakach, do informacji o jej śmierci uzyskanej od jednego z lekarzy. Niewysłowiony ból mieszał się z pragnieniem zniszczenia tego z gruntu złego świata. Przypomniał sobie swoją wizytę w kościele. Jakże naiwne było przeświadczenie, że Bóg mu pomoże. Czy Bóg w ogóle wiedział o jego i jej istnieniu? A może Boga po prostu nie ma i zrobił z siebie durnia, gadając w próżnię?! Wiedział tylko to, że musi żyć. Nie chce, ale musi. Wyłącznie po to, by znaleźć morderców Basi i ich ukarać. Za wszelką cenę. Ktokolwiek stanie mu na drodze, skończy jak te bałwany na kompanii albo jeszcze gorzej. Tamtych w końcu starał się oszczędzać. Pan Julek uczył, jak pozbawiać życia szybko i skutecznie, ale jednocześnie nakazał mu stosowanie tych umiejętności tylko przy bezpośrednim zagrożeniu życia. „Idealista z ciekawą logiką”,  myślał Adam. „To po co mnie tego uczył? Musiał mi chyba bardzo ufać…”.

Jednak nauczyciel nie mylił się w ocenie swojego ucznia, bo młody człowiek wziął sobie ten zakaz bardzo głęboko do serca. Życie ludzkie, teraz oprócz tylko jego własnego, mimo wszystko nadal przedstawiało dla Adama bezcenną wartość.

Przerwał te rozmyślania, gdy otwarły się drzwi celi. W wejściu pojawiło się dwóch oficerów. Adam ze zdziwieniem zauważył, że jeden z nich miał na sobie mundur wojsk radzieckich. Ta dziwna wizyta wprawiła chłopaka w zdumienie. Po cholerę sam major miałby odwiedzać aresztanta? Spodziewał się, że wkrótce zostanie osądzony i skazany, a tu jakiś ruski składa mu wizytę. Co on tu, u diabła, robił? Czyżby polska armia była jeszcze bardziej uzależniona od sowieckiej, niż myślał pan Julek?

– Aresztant Gawlik, baczność! – padła komenda strażnika.

Adam posłusznie stanął w postawie zasadniczej, choć nie śpieszył się zbytnio. Bacznie przyglądał się przybyłym, zastanawiając się, czego takie szychy mo­gą od niego chcieć. Przecież jego sprawa jest prosta: dzień wcześniej poniosło go, a teraz będzie musiał za to zapłacić i to pewnie słono.

– Towarzysz pułkownik chce z tobą porozmawiać – major Czapski oschle zwrócił się do Adama. – Mam nadzieję, że nie będziesz próbował jakichś głupich numerów. Nikt się tutaj nie będzie z tobą cackał. Zrozumiano?

– Zrozumiano, obywatelu majorze – odpowiedział cicho.

– Nie słyszę! Pytam, czy zrozumiałeś!

– Daj spokój, Tadziu – wtrącił się pułkownik.

– Na pewno chcesz zostać z nim sam na sam? – spytał Czapski na odchodnym.

– Dam sobie radę. Jakby co, to zawołam.

– Dobra. Tylko uważaj. On jest nieprzewidywalny – powiedział major i wyszedł, zamykając za sobą drzwi celi.

– Siadaj. Zakurisz? – zagadnął pułkownik przyjaźnie, wyciągając papierosy.

– Nie palę – odpowiedział cicho Adam.

– Mołodiec! Paskudny nałóg. Rzuciłbym w cholerę, ale te nerwy... Nigdy nie zaczynaj.

– Paliłem, ale mi przeszło – odparł Adam obojętnym tonem.

– Pewnie się zastanawiasz, po co ci ten ruski zawraca głowę. Widzisz, narozrabiałeś i to porządnie. Pójdziesz w tiurmu na długie lata.

Adam milczał. Spuścił wzrok i zrezygnowany wpatrywał się w podłogę.

– Wszystko mi jedno – odezwał się po chwili. – Kiedyś mnie w końcu wypuszczą, a wtedy... – zacisnął zęby.

– A wtedy odnajdziesz tych, co ci zabili narzeczoną i zapłacą życiem za jej życie – dokończył spokojnie Rosjanin, zaciągając się papierosem.

Młody człowiek podniósł na niego wzrok.

– Znajdę ich, choćbym miał szukać w piekle – wycedził z pasją.

– Tylko że to trochę potrwa, zanim będziesz mógł zacząć. Kilkanaście lat, lekko licząc. Po takich wyczynach... Przez ten czas różnie może być – stwierdził chłodno pułkownik i ponownie zaciągnął się papierosem.

Rosjanin blefował. Chciał tego młodzieńca trochę rozmiękczyć. Wiedział doskonale, że przy odrobinie szczęścia może się skończyć na najwyżej dwóch, może trzech latach więzienia i jednostce karnej.

– To była obrona własna.

– Chłopie, nie rozśmieszaj mnie. Jesteś w wojsku – ożywił się Iwanow. – Zrobiłeś kalekami kilku żołnierzy, w tym kaprala. Pójdziesz siedzieć na znacznie dłużej, niż ci się wydaje!

Chłopak ponownie spuścił wzrok.

– Ale miałbym na to lekarstwo...

Iwanow nie musiał długo czekać na reakcję rozmówcy. W aresztanta jakby wstąpiło nowe życie. Patrzył wyczekująco na oficera. Tymczasem pułkownik z uwagą oglądał swój papieros, nie spiesząc się z wyjaśnieniami.

– Jakie lekarstwo? – wyrzucił z siebie chłopak, nie mogąc doczekać się słów Rosjanina.

Pułkownik nagle spoważniał. Pochylił się lekko w stronę aresztanta i spojrzał mu prosto w oczy.

– Jestem oficerem radzieckich sił specjalnych. Stacjonuję w Riazaniu, a działam wszędzie. Ktoś taki jak ty mógłby mi się przydać...

Pułkownik Iwanow często działał wbrew zasadom. Narybek szkoły jednostek specjalnych w Riazaniu składał się wyłącznie z młodych obywateli radzieckich prezentujących ponadprzeciętne umiejętności. Umieszczenie tam tego Polaka byłoby niezwykle trudne, choć nie niemożliwe. Instynktownie wyczuwał, że ma przed sobą diament, który wystarczy tylko oszlifować. Coś mu podpowiadało, żeby zabrał stąd tego jeszcze młodego człowieka, a przysłuży się ojczyźnie jak nigdy dotąd. W dobie konfliktu w Afganistanie takich ludzi nigdy nie było zbyt wielu. Wiedział o tym doskonale, a i przełożeni ostatnio byli bardziej skłonni do zgadzania się z jego sugestiami.

cdn

Marek Kędzierski – autor powieści sensacyjnych, które szybko zdobyły sobie rzesze wiernych fanów

 



'

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor