----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

23 kwietnia 2014

Udostępnij znajomym:

Trwa pobieranie wersji audio...
'

– Obywatelu pułkowniku, nie wiem, kim pan naprawdę jest, ale niby w jaki sposób miałby pan mnie z tego gówna wyciągnąć? Oni tu histerii dostają, żeby mnie udupić. Czarno to widzę…

– Trochę wiary, młody człowieku! Wy tu, w Polsce, taki katolicki naród, a wiary w was za grosz – Iwanow uśmiechnął się protekcjonalnie. – Jednak zanim w ogóle kiwnę palcem, chciałbym, żebyś zdawał sobie sprawę, na co się decydujesz. Stamtąd, dokąd cię zabiorę, nie ma powrotu. Nie mogę ci dać żadnych gwarancji, że ujdziesz z życiem z tego, co cię czeka. Mogę ci za to obiecać, że jeśli przeżyjesz, to zrobią tam z ciebie żołnierza, jakiego chętnie widziałyby u siebie najbardziej elitarne jednostki imperialistów – powiedział dobitnie pułkownik. – Zastanów się i jeszcze dzisiaj daj mi odpowiedź.

Wstał z krzesła, zadeptał niedopałek i podniósł rękę, by zastukać w drzwi celi.

– Nie muszę się zastanawiać – powiedział Adam stanowczo. – Niech mnie pan stąd wyciągnie.

Pułkownik odwrócił się w jego stronę z uniesioną dłonią. Spojrzał na Adama zimnym wzrokiem, lecz sekundę później jego twarz złagodniała.

– Ach, wy Paljaki, Paljaki... Gorącokrwiści jak konie na stepie. I za to was lubię – powiedział.

– Wołodia, bój się Boga, co ty chcesz zrobić?! – Czapski był bliski histerii.

– Ja nie muszę. Jestem ateistą jak przystało na prawdziwego radzieckiego czekistę – Iwanow uśmiechnął się wesoło.

– Czego nie musisz? – nie zrozumiał major.

– No, bać się Boga. My to już mamy za sobą, ale wy, tu, w Polsce... Choć tobie, Tadziu, to się dziwię. Oficer Ludowego Wojska Polskiego... wierzący?

– Przestałbyś się wygłupiać! Jak ja mam go wypuścić? Przecież mi łeb urwą! – major miotał się po gabinecie, jak to miał w zwyczaju, gdy ponosiły go emocje.

– Nic ci, Tadziu, nie urwą. Zaufaj mi. Nie musisz nikogo wypuszczać. On ci ucieknie. Zdezerteruje. I będziesz czysty. Ty tylko nie staraj się za bardzo przeszkadzać.

Major Czapski opadł ciężko na fotel.

– Tadziu, nie możesz zmarnować takiego człowieka. Pomyśl, ile papierkowej roboty ci odpadnie, jak go nie będzie. Ile tłumaczenia, odpowiadania na głupie pytania...

– W zamian będę odpowiadał na głupie pytania, jak on zniknie – nie dawał za wygraną major.

– Dlaczego ty? Kto powiedział, że musisz się wszystkim zajmować? Zleć całą sprawę na przykład politycznemu. I tak nic nie robi, to się przynajmniej czymś zajmie.

– Jak chcesz to zrobić? 

– Wieziecie go do prokuratora do Żar, nie?

– Ano wieziemy.

– No właśnie. Mam paru zaufanych chłopaków w Szprotawie. Domyślam się, że nie chcesz znać szczegółów, prawda? – zapytał niewinnie Iwanow.

– Przecież będzie obława. Nawet mysz się nie prześliźnie…

– Wiesz, Tadziu, z tymi waszymi myszami, to bym nie był taki pewien.... Sprytne są, cholery...

– Niech cię diabli, Wołodia. Ty długo nie pożyjesz – odrzekł zrezygnowany major.

– Tadziu, ja będę żył sto lat! Wypijmy za to! 

Iwanow wzniósł stojący przed nim kieliszek wód­ki, stuknął się ze swoim polskim przyjacielem i wychylił go do dna.

– Ja w każdym razie nic nie słyszałem, nic nie widziałem i nic nie wiem – stwierdził stanowczo major, znacząco podnosząc dłonie do góry dla podkreślenia swoich słów.

– A ja nic nie mówiłem – uśmiechnął się pułkownik, zadowolony z obrotu sprawy.

 

ROZDZIAŁ IX

Stukanie do drzwi wyrwało Annę Roszak z letargu, w jaki zapadła, gdy dotarła do niej bolesna prawda o śmierci córki. Spojrzała odruchowo na zegar. Po dłuższej chwili udało jej się skupić uwagę – było dwadzieścia pięć po siódmej. Kto to mógł być tak wcześnie rano? Choć właściwie jakie to może mieć jeszcze znaczenie… Przepłakała całą noc, dziwiąc się, że tyle ich może się w człowieku zmieścić. Pustka po stracie Basi była wszechogarniająca. Wyzierała z każdego kąta mieszkania, z każdego mebla i każdego przedmiotu, którego córka dotykała swoimi delikatnymi dłońmi. A przecież już jej nie było. Minęła kolejna długa chwila, nim w końcu udało się kobiecie na tyle zmobilizować, by podejść do drzwi.

W progu stała Sabina Szymczyk. Na jej widok nieszczęsna matka ponownie zaniosła się płaczem, wycofując się do przedpokoju. Lekarka weszła bez słowa, a potem objęła i przytuliła starszą kobietę. Ta wciąż łkała, ale płacz był już cichszy. Rozpacz po stracie córki przytłaczała ją tak bardzo, że nawet nie miała siły płakać.

– Pani Aniu, proszę nie płakać, życiu pani córki już nic nie zagraża. Kryzys minął.

Kobieta wyswobodziła się z objęć i spojrzała na lekarkę, zupełnie ogłupiała. Jej twarz wykrzywiał ból, lecz w oczach dostrzec można było przebłyski zupełnie irracjonalnej nadziei.

– Co pani mówi, pani doktor? Przecież wczoraj w szpitalu wyraźnie mi powiedzieli, że Basia nie żyje.

– Nic podobnego. Nie wiem, kto to pani powiedział, ale Basia żyje i odzyskała przytomność! My, lekarze, nie potrafimy tego wyjaśnić, ale medycyna notowała już w przeszłości takie cudowne ozdrowienia. Ciało ludzkie wciąż jest dla nas ogromną taje...

– Pani doktor... Pani doktor... Co pani mówi? Moja córka żyje?! – kobieta przerwała jej bezceremonialnie.

– Naturalnie, że żyje, pani Aniu. W tej chwili na pewno czeka na panią.

Anna opadła na zydelek, zupełnie wyzuta z sił. Siedziała tak przez chwilę z otwartymi ustami i nieobecnym wzrokiem wpatrywała się w ścianę naprzeciwko, a potem wstała szybko i rzuciła się młodej lekarce na szyję. Po raz kolejny wybuchła płaczem, lecz tym razem był to szloch ulgi i radości. Kiedy opadły pierwsze emocje, matka Basi znieruchomiała nagle, dziwnie zamyślona.

– Biedne dziecko, ona na pewno głodna. Trzeba coś przygotować – stwierdziła niespodziewanie i wbiegła do kuchni, gorączkowo szykując jedzenie.

Lekarka postąpiła za nią kilka kroków, a potem zatrzymała gospodynię i chwyciła ją za ręce.

– Pani Aniu, chodźmy do niej. Ona w tej chwili potrzebuje pani obecności. I niczego więcej – powiedziała uspokajająco.

Basia wciąż była bardzo słaba. Powrócił już jednak jej charakterystyczny, ciepły i promienny uśmiech, choć jeszcze przytłumiony bólem. Anna Roszak siedziała przy jej łóżku i trzymała córkę za rękę, a po jej twarzy płynęły ciurkiem łzy radości. Odwróciła się do Sabiny, stojącej u wezgłowia łóżka.

– Dziękuję, pani doktor – powiedziała cicho.

– Nie mnie niech pani dziękuje. My, lekarze, niewiele mogliśmy zrobić. Basia musi mieć niezłe chody tam u góry – Sabina uśmiechnęła się i podniosła palec wskazujący w kierunku sufitu.

– Dlaczego oni tak tu zaglądają? – spytała kobieta, gdy w otwartych drzwiach sali pojawiła się i znikła głowa kolejnego lekarza.

cdn

Marek Kędzierski – autor powieści sensacyjnych, które szybko zdobyły sobie rzesze wiernych fanów

 



'

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor