W Brazylii zaczęły się Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. Miesiąc kopania piłki sprowadzi przed ekrany miliony widzów na całym świecie, wywołując ogromne emocje. Dlaczego tak się dzieje?
Sport jest tak stary jak świat – wszyscy słyszeliśmy o starożytnych igrzyskach olimpijskich, wyścigach rydwanów czy turniejach rycerskich. Rywalizacja, kult sprawności i tężyzny fizycznej, wreszcie pokazywanie wzorców bohaterów – to ważne części składowe mitu sportowego w dawnych wiekach. „Piękny i dobry” to ideał starożytnego człowieka – z pochodzenia arystokraty, szlachetnego, sprawiedliwego i uczciwego, zajmującego się sprawami państwa, wojną, poezją i właśnie sportem. Nie chodziło w nim wówczas o zarabianie pieniędzy, a raczej o sam fakt rywalizacji i sławę związaną z imieniem zwycięzcy.
Podobnie wyglądały turnieje rycerskie, które też można uznać za formę sportu, choć bardzo krwawego. Tutaj głównym celem było oczywiście przygotowanie do roli, jaką do spełnienia miał rycerz: prowadzenia walki. Szermierka i ćwiczenia w użyciu kopii miały być treningiem przed prawdziwą bitwą. Z czasem jednak, gdy sam udział w turnieju stał się bardziej bezpieczny niż walka na coraz bardziej nieprzyjaznym dla ciężkozbrojnych wojowników polu bitwy, rywalizacja w szrankach w czasach pokoju obrosła całą mitologią, która przetrwała do dzisiaj w tzw. „etosie rycerskim” (o którym się pamięta, ale którego zasad nie zawsze się stosuje).
Sport był jednak przez wieki zarezerwowany dla klas wyższych – arystokracji, szlachty, ludzi zamożnych. Był wyznacznikiem ich pozycji, czymś „dobrym” dla „ludzi dobrych”. Lud oczywiście też miał swoje rozrywki, podobnie jednak jak wszystko co ludowe, nie był on uznany za coś w stu procentach wartościowego.
Wszystko jak zawsze zmieniło się gdzieś na przełomie XIX i XX wieku. Powstało społeczeństwo masowe: ludzie przenieśli się ze wsi do wielkich przemysłowych miast, zaczęli żyć w nowych wspólnotach, rozwijała się edukacja, wytworzyła się szeroka tożsamość narodowa. Na to wszystko nałożyła się wielka zmianą, jaką przyniosły... armie z poboru. Wszyscy mężczyźni stali się potencjalnymi żołnierzami, którzy w razie wojny mieli zostać zmobilizowani i wysłani do walki. Należało więc dbać nie tylko o to, że będą wiedzieli jak obchodzić się z bronią, ale także, by byli w dobrej kondycji fizycznej. Stąd rosnąca w tych czasach popularność różnych inicjatyw gimnastycznych czy wioślarskich, które dawały z jednej strony trening na wypadek wojny, z drugiej strony zaś możliwość przynależności i działania społecznego.
W takich okolicznościach tworzył się fenomen piłki nożnej – sportu zwykłych ludzi, który nie wymaga wielu pieniędzy, skomplikowanego sprzętu czy wielkich przestrzeni. Sportu, który dało się uprawiać na podwórkach robotniczych dzielnic i podmiejskich łąkach. Sportu, w którym liczyły się zarówno indywidualne umiejętności, jak i współpraca zespołowa.
No i wreszcie sportu, który przy dostatecznym talencie pozwalał wyrwać się z szarej rzeczywistości i biedy, pozwalając człowiekowi z ludu zdobyć sławę, popularność a w efekcie również i pieniądze. Jeden z największych piłkarzy w historii, Brazylijczyk Pelé, pochodził z niezamożnej rodziny i jako dziecko zmuszony był dorabiać jako pucybut czy pomocnik w sklepie z herbatą. Jego talent został jednak odkryty i jako piętnastolatek trafił do zawodowej ligi, a jako osiemnastolatek zdobył wraz ze swoją drużyną narodową Mistrzostwo Świata, wchodząc na trwałe do panteonu piłkarskich sław. Takich historii awansu „od zera do milionera” jest w dziejach futbolu wiele.
Piłka nożna dawała też niesamowite poczucie tożsamości, nie tylko zresztą zawodnikom, ale i kibicom. „Nasza” dzielnica rywalizowała z „tamtą” dzielnicą – nasze miasto z sąsiednim miastem – nasze państwo z innym państwem, często wrogim. Nic tak nie pobudza dumy narodowej jak pokonanie bardzo nielubianego przeciwnika, nic też tak nie psuje humoru jak klęska z „odwiecznym wrogiem” (politycznym, a więc i sportowym). 15 czerwca 1969 r. w stolicy Salwadoru San Salwador odbył się mecz reprezentacji tego kraju z sąsiednim Hondurasem. Wrogość między tymi krajami narastała od lat, a mecz eliminacyjny Mistrzostw Świata stał się punktem przełomowym w relacjach tych państw – salwadorscy kibice pałali nienawiścią do przeciwnika, zakłócając jego spokój i okazując wobec honduraskich piłkarzy pogardę (m.in. w czasie odgrywania ich hymnu narodowego). Honduras przegrał ten mecz, co doprowadziło do dalszej eskalacji napięć, kryzysu dyplomatycznego i... wojny, nazwanej przez relacjonującego ją Ryszarda Kapuścińskiego „futbolową”.
Piłka nożna była też wyznacznikiem innej „politycznej” emocji – dumy peryferiów i tzw. „trzeciego świata”. Sukcesy Brazylijczyków, Argentyńczyków, Urugwajczyków czy piłkarzy z Afryki nad piłkarzami z Europy pokazywały, że dawne kraje kolonialne i półkolonialne też potrafią pokazać się światu i wygrywać z przedstawicielami starych mocarstw. Czarny piłkarz, wcześniej z powodu koloru swojej skóry wzgardzony, stawał się nowym, sprawiedliwym bohaterem.
Dziś piłka nożna kojarzy się z wielkimi pieniędzmi, kontraktami reklamowymi, politycznymi intrygami i malwersacjami przy inwestycjach. Warto jednak pamiętać, że jej historia to kawał naszej rzeczywistości – problemów, marzeń i emocji.
Tomasz Leszkowicz
'