----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

13 lipca 2014

Udostępnij znajomym:

Trwa pobieranie wersji audio...
'

Gawlik siedział w milczeniu, lekko oszołomiony opowieścią porucznika. Kwiatkowski niewiele opowiadał o Wietnamie, a tu taka historia! Zdał sobie sprawę, że nigdy tak naprawdę nie zdołał poznać pana Julka, i już nigdy nie wyrówna tej straty.

– Towarzyszu poruczniku... – zaczął.

– Spadaj. Wracaj do zajęć – ton głosu Czernienki wrócił do normy.

Polak stanął na baczność, zasalutował i wyszedł.

Na zewnątrz czekał na niego Nikołajew.

– Czego chciał? – spytał bezceremonialnie.

– Pogadać – odpowiedział Gawlik, patrząc koledze prosto w oczy. – Uwierzyłbyś? Po prostu pogadać.

Miszka zaniemówił.

– Z tobą? – odzyskał głos.

– No właśnie.

Polak zmrużył oczy. Jego myśli powędrowały w miejsce i czas, który na zawsze pozostawił za sobą. 

Pułkownik Władimir Iwanow rozsiadł się wygodnie w skórzanym fotelu. Założył ręce za głowę i położył stopy na biurku. Poczuł się jak prawdziwy imperialista, których czasem oglądał na filmach video. Spojrzał na zegarek marki „Wostok” – solidna radziecka produkcja, choć nie miałby nic przeciwko temu, gdyby nadarzyła się szansa zastąpienia go produkcją szwajcarską. Lubił zbytek. Pod tym względem imperializm był mu, jak to ktoś mu jakiś czas temu powiedział, „niebezpiecznie bliski”. Już dawno zrozumiał, podobnie jak wielu jego kolegów, że kapitaliści nie zawsze muszą błądzić, a socjalizm niekoniecznie musi być jedyną przyszłością narodu.

Drzwi otworzyły się bezszelestnie. Major Borys Litwinienko wszedł do gabinetu Iwanowa cicho niczym duch. Chodził zawsze lekko pochylony, jakby obawiał się, że w każdej chwili jakiś latający przedmiot może uderzyć go w głowę. Grube, rogowe okulary i raczej wątła budowa przywodziły na myśl podrzędnego księgowego, ślęczącego nad rzędami cyferek w jakiejś zapadłej dziurze, a nie wysokiego stopniem (bo nie wzrostem) oficera Armii Radzieckiej

i wykładowcę strategii na riazańskiej uczelni. Litwinienko ściskał pod pachą plik gęsto zapisanych kartek. Usiadł na pierwszym z brzegu krześle, usiłując zachować spokój, ale już na pierwszy rzut oka widać było, że to pozór. Był silnie zdenerwowany, trzęsły mu się dłonie. Przez chwilę nerwowo błądził wzrokiem po ścianach, a w końcu zagapił się w wypolerowaną powierzchnię biurka. Iwanow przybrał bardziej regulaminową postawę, z zaciekawieniem przyglądając się gościowi. Co mogło wyprowadzić z równowagi tego człowieka, powszechnie uchodzącego za uosobienie spokoju?

– Co cię gryzie, Boria?

Łagodny ton pytania nie uspokoił roztrzęsionego majora. Litiwnienko rzucił szybkie spojrzenie na gospodarza i bez słowa sięgnął po papiery, które cały czas trzymał pod pachą. Położył je na blacie i przesunął w kierunku Iwanowa.

– Czytaj.

– Co to jest? – Iwanow podniósł do oczu papiery zapełnione drobnym, gęstym pismem. Pułkownik przebiegł wzrokiem pierwszą kartkę, odwrócił ją

i spojrzał na drugą. – Jakaś praca z historii strategii, chyba któregoś z naszych studentów. I to cię tak wkurzyło?

Cisnęło mu się na usta słowo „wkur...”, ale wiedział, że Litwinienko organicznie nie znosi wulgaryzmów. Sam nie klął i wyjątkowo źle znosił przekleństwa innych. Wszyscy się już do tego dziwactwa zdążyli przyzwyczaić, a ponieważ z uwagi na swoją ogromną wiedzę major cieszył się na uczelni uznaniem, to gdy tylko pojawiał się w pobliżu, oficerowie starali się powstrzymywać od używania dosadnych wyrażeń, by po prostu nie robić mu przykrości.

– No właśnie. Praca jednego z naszych słuchaczy. A ściśle mówiąc Adama Gawlika.

– I co, słaba? Przecież Gawlik zawsze przykładał się do nauki – stwierdził zaskoczony pułkownik.

„Przykładał się do nauki” to było stanowczo zbyt mało powiedziane – Gawlik uchodził za prymusa. Wię­kszość wykładowców bardzo go chwaliła.

– Jakbyś przeczytał uważnie całość, to byś zrozumiał – Litwinienko pokręcił bezsilnie głową. – Do­sta­li zadanie domowe: opisać jakąś historyczną bit­wę, ze szczególnym uwzględnieniem zastosowanej w niej strategii. No, wiesz, Cezar, Napoleon. Dużo tego było, jest w czym wybierać. A co Gawlik opisał? No, proszę, przyjrzyj się.

Pułkownik zaczął czytać uważniej. Po chwili uśmiechnął się od ucha do ucha, nie odrywając wzroku od tekstu.

– Wot, swołocz! – podniesionym głosem skomentował pracę kadeta.

– Nie rozumiem, co cię tak bawi. Przecież to jest opis Bitwy Warszawskiej z 1920 roku, gdzie Armia Radziecka poniosła spektakularną klęskę – Litwinienko pochylił się nad blatem biurka i wskazał palcem fragment mniej więcej w połowie czwartej strony. – Tu czytaj. No, przeczytaj sobie.

– “... i chociaż bitwa nie doprowadziła do całkowitego zniszczenia Armii Czerwonej” – czytał półgłosem pułkownik – „to ujawniła słabość jej kadry dowódczej. Jedną z przyczyn klęski wojsk sowieckich w Bitwie Warszawskiej był fakt, że dowódca 1. Armii Konnej, Budionny, na wyraźny rozkaz Stalina, a mimo usilnych próśb Tuchaczewskiego, nie skierował swych sił pod Warszawę, lecz w najważniejszym momencie bitwy usiłował zdobywać Lwów. Klęski w wojnie

z Pol­ską przywódcy sowieccy nie zapomnieli nigdy, a Stalin w szczególności. Do szewskiej pasji doprowadzała go śpiewana wtedy w Związku Radzieckim czastuszka: "Rossija, Rossija maja, takaja mała Polsza, a pobiediła tiebia...".

Iwanow wpatrywał się w tekst, czytając dalej w ciszy. Gdy skończył, odłożył kartki na bok i wygodnie oparł głowę na oparciu fotela. Patrzył na majora lekko przymrużonymi oczami.

– Jakby Winogradow to zobaczył, to by mnie chyba wywalił na zbitą mordę – powiedział falsetem wykładowca. – Jak miałbym go przekonać, że to nie ja ich tego uczę? Wywaliłby jak nic, a jeszcze pewnie z wilczym biletem.

Potarł dłonią czoło.

– Nie wywaliłby, nie wywalił – starał się go uspokoić pułkownik. – Ale skąd właściwie Gawlik to wszystko wie? Przecież w naszej bibliotece takich materiałów nie ma. A już na pewno nie takie szczegółowe. On tu podał fakty, dokładne daty... – na moment podniósł się i zaraz rzucił na blat pracę Polaka. – O co tu chodzi, Boria?

– Powiedział, że na przepustce spotkał uczestnika tamtych wydarzeń, i że on mu wszystko opowiedział. To całkiem prawdopodobne.

Litwinienko nie patrzył na Iwanowa. Mówił ze spuszczoną głową, jakby się czuł winny zaistniałej sytuacji. Wzburzenie powoli ustępowało, nie był już taki rozedrgany. W jego głosie pobrzmiewała nuta rezygnacji.

– No, to trzeba by pogadać z tym „uczestnikiem”. Nie umie dziadziuś trzymać języka za zębami, a to niedobrze. Państwo radzieckie go utrzymuje, a on mąci młodzieży w głowach. Pytałeś Gawlika kto to?

– Pytałem…

– No to się załatwi sprawę po naszemu, a z Ga­wlikiem ja pogadam.

– ...ale mi nie powiedział.

– Co? Jak to nie powiedział? – pułkownik nie krył zdumienia. – Oficerowi nie powiedział?!

– Cytuję: „Dałem temu człowiekowi słowo honoru kadeta riazańskiej szkoły oficerskiej, że go nie zdradzę. Chyba towarzysz major nie chce, bym ten honor splamił”.

Pułkownika zatkało. Gapił się na majora, analizując w myślach słowa studenta, i zaraz potem, ku zaskoczeniu i rozpaczy majora Litwinienki, wybuchnął gromkim śmiechem.

– A to skur...! – wykrzyknął i uderzył dłońmi w uda. – Zuch chłopak!

cdn

Marek Kędzierski – autor powieści sensacyjnych, które szybko zdobyły sobie rzesze wiernych fanów



'

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor