Nikołajewowi nie było do śmiechu, a Gawlikowi wręcz przeciwnie, dlatego roześmiał się w głos.
– Melduje się sierżant Kaganowicz.
Przyjaciele odwrócili się jak na komendę. Przed nimi stał przysadzisty mężczyzna o mongolskich rysach twarzy i ciemnej karnacji. Ubrany był w wojskowe spodnie moro i koszulkę z długimi rękawami w poziome, granatowe paski, popularną wśród marynarzy. Kaganowicz zasalutował niedbale. – Pokażę towarzyszom porucznikom kwatery. Proszę za mną.
– Prowadźcie, sierżancie. Zobaczymy, coście tu dla nas przygotowali – powiedział Nikołajew. Najwyraźniej usiłował się przypodobać. Sierżant wyglądał na starego wygę i mógł okazać się bardzo pomocny.
Kaganowicza wydawał się zupełnie nie obchodzić życzliwy ton Miszy. Bez słowa odwrócił się i poszedł w kierunku zabudowań.
Na pierwszy patrol Gawlik dostał samych nowych i Kaganowicza. Nie było tak źle, bo, jak zdążył się dowiedzieć, Kaganowicz był dobrym i doświadczonym żołnierzem. Dobrze mieć takiego przy boku, szczególnie, gdy dowodzi się wojskiem nie w pełni przeszkolonym do działań bojowych w takich warunkach, jak afgańskie. Poza tym miał to być rutynowy patrol w stosunkowo bezpiecznym terenie, gdzie ludność traktowała wojska radzieckie bardziej jako zło konieczne, niż wroga, którego trzeba eksterminować za wszelką cenę.
Schodzili ze skał w dolinę, gdzie można już było dostrzec maleńką, prymitywną osadę – był to znak, że zbliżali się do bazy. Zgodnie z przewidywaniami patrol przebiegł bez zakłóceń. Napięcie, choć i tak raczej nieuzasadnione, powoli opadało.
– Mówią, że towarzysz porucznik nie nasz – zagadnął sierżant.
– Co znaczy nie nasz?
– No, nie ruski. Mówią, że z Polski.
– Prawdę mówią.
– Ktoś was tam w Polsce musi bardzo nie lubić, skoro aż tutaj trafiliście.
Adam spojrzał na Kaganowicza badawczo. Ten wytrzymał jego wzrok.
– Życie mnie nie lubi, sierżancie.
Przez kolejne kilka minut szli w milczeniu, rozglądając się bacznie. Kaganowicza intrygował ten tajemniczy porucznik.
– Wy z Riazania, to podobno dobrzy jesteście.
– Tak też mówią?
– Mieliśmy tu takiego jednego porucznika, co go potem przenieśli do Riazania, żeby uczył. Czernienko się nazywał. Towarzysz porucznik go może zna?
– Znam.
– Twardy był, sukinsyn. Wyglądał na najtwardszego z nas wszystkich. Ale pękł na akcji, jak pacyfikowali wioskę. Psychika siadła, jak palili żywcem kobiety i dzieci. Zaczął strzelać do swoich. Było paru rannych... Na Afganistan nie ma mocnych.
Sierżant zamyślił się.
– A wy skąd jesteście, Kaganowicz?
– Syberia, niedaleko Kamczatki.
– Długo tu jesteście?
– Prawie od początku. Od osiemdziesiątego. Jak w Moskwie była olimpiada, to nas przewozili.
– To pewnie dużo widzieliście...
– Co towarzysz porucznik ma na myśli?
– Wiecie, jak przeżyć. Wiecie, kto ma szanse z tego wyjść, a kto raczej niewielkie. Jak tu jest?
Kaganowicz uśmiechnął się i spojrzał na Gawlika nieco z góry. Z twarzy ciężko było wyczytać jego wiek, choć wojna odcisnęła na niej swoje piętno: oczy czujne, usta zacięte, rysy ostre. Miał może trzydzieści lat, a może mniej. Wyglądał na człowieka, któremu trudno byłoby powrócić do normalnego, cywilnego życia.
– Na początku było łatwiej. Mieliśmy pełne panowanie w powietrzu, jakoś tak do osiemdziesiątego trzeciego, a może i czwartego. Potem mudżahedini skombinowali pociski Strieła-2 i szybkostrzelne działka przeciwlotnicze, które chowali w grotach, i bezpieczne wsparcie z powietrza diabli wzięli. Tu nie ma żadnej reguły. Trzeba bez przerwy pilnować własnej dupy i mieć oczy dookoła głowy. Nauczycie się, towarzyszu poruczniku.
Gawlik popatrzył przed siebie. Na przedzie szło dwóch żołnierzy. Rozglądali się uważnie na wszystkie strony, jakby głównie od nich zależało bezpieczeństwo pozostałych. Nagle stanęli, a jeden z nich schylił się, żeby podnieść niewielki, brązowy przedmiot, leżący na środku drogi.
– Zostaw!!! Nie rusz!!! – wrzasnął sierżant na całe gardło.
Jego ostry głos sprawił, że Gawlikowi zaczęło dzwonić w uchu i odruchowo przyłożył dłoń do małżowiny. Kaganowicz w okamgnieniu znalazł się obok żołnierzy i szarpnął ich gwałtownie do tyłu. Na skalnej ścieżce leżał pluszowy miś.
– Co jest, sierżancie? – spytał porucznik i podszedł do podoficera.
Pozostali żołnierze zamarli. Coś tu musiało być mocno nie w porządku, skoro sierżant zareagował tak gwałtownie na widok zwykłej dziecinnej zabawki. Kaganowicz nie spojrzał na oficera, lecz zwrócił się do szeregowców:
– Nasi zrzucają takie rzeczy z powietrza. To mina przeciwpiechotna. – oparł się dłońmi o ziemię i zajrzał pod zabawkę. Nie mylił się – pod zabawką umieszczono charakterystyczny detonator, przypominający kształtem motyla. Kaganowicz wstał i otrzepał ręce. – Dotkniesz i cię nie ma. Nie wolno wam dotykać niczego, co leży na drodze, bo najprawdopodobniej będzie to bomba. Niczego, rozumiecie?!
Wszyscy pokiwali głowami, w oczach rekrutów pojawił się lęk. Doświadczenie numer jeden: nie dotykać niczego, co leży na drodze. Zapamiętają to na całe życie.
Żołnierze obeszli łukiem niebezpieczny przedmiot.
– Kto się na to łapie? – spytał porucznik, gdy odeszli już na odległość kilkudziesięciu metrów.
– Na co?
– No, na te zabawki.
– Najczęściej gówniarze, ale często i starzy. Jeden mudżahedin mniej to punkt dla nas.
– Mówisz, dzieci?
Kaganowicz popatrzył zdziwiony na porucznika.
– Dzieci, towarzyszu poruczniku, afgańskie dzieci. A niby kto inny?
Gawlik bez słowa odwrócił się, wymierzył i strzelił do pluszowego misia. Nastąpił wybuch, żołnierze skulili się odruchowo. Sierżant przez chwilę przyglądał się porucznikowi, lekko przekrzywiając głowę. Przez twarz przebiegł mu ledwie zauważalny ironiczny uśmieszek. Celny strzał z odległości kilkudziesięciu metrów wzbudził wśród szeregowców podziw, gdy po chwili zrozumieli, że nie ma już żadnego zagrożenia.
– Widzę, że towarzysz porucznik ma wrażliwe sumienie – skwitował Kaganowicz.
– Sierżanci nie miewają sumienia?
– W Kandaharze sumienie dość znacząco obniża szanse na przeżycie. Tego się tu nauczyłem i towarzyszowi porucznikowi też radzę – stwierdził sierżant i ruszył dalej kamienną ścieżką.
W maleńkiej wioseczce, obok której prowadziła droga do bazy panował umiarkowany ruch. Na progu jednej z chat dostrzegli dwóch starych ludzi przyglądających się Rosjanom obojętnym wzrokiem. Kobieta w burce przeszła przez plac oddzielający zabudowania i zniknęła w drzwiach domostwa. Gdzieś w pobliżu beczała koza, lecz poza tym wokół panowała zupełna, chciałoby się powiedzieć, grobowa cisza.
cdn
Marek Kędzierski – autor powieści sensacyjnych, które szybko zdobyły sobie rzesze wiernych fanów
'