– Na takie miejsca lepiej uważać – odezwał się Kaganowicz. – Nigdy nie wiadomo, kto siedzi w środku i można oberwać. Najbezpieczniej jest po prostu wejść do takiej chaty, bo wtedy nic ci nie zrobią. Obowiązuje prawo gościnności, a gość to świętość, i jest nietykalny. Ciekawe, co?
– Mówili nam o tych zwyczajach, ale myślałem, że to mity.
– Nic podobnego, naprawdę tego przestrzegają. Mają swój honor. Ale jak się człowiek znajdzie na zewnątrz… – sierżant przejechał otwartą dłonią po gardle. Nie było wątpliwości, co miał na myśli.
Dalej szlak wznosił się o jakieś dziesięć stopni, aż do przełęczy. Stamtąd widać już było radzieckie umocnienia wojskowe, za którymi czekało bezpieczeństwo, odpoczynek i względny spokój.
Krótkie serie wystrzeliwane zza pobliskich skał spadły na nich jak grom z jasnego nieba. Grupa natychmiast rozpierzchła się w poszukiwaniu jakiegokolwiek schronienia przed pociskami z AK-47. Prawdziwą ironię losu stanowił fakt, że mudżahedini byli uzbrojenie w te właśnie karabiny produkcji radzieckiej.
Gawlik i Kaganowicz skryli się za załomem skały. Dwóch żołnierzy zostało rannych już na samym początku – czołgali się w kierunku głazu, zza którego nawoływali ich koledzy.
– Mamy szczęście. To nie zasadzka – stwierdził autorytatywnie sierżant.
– Nie? To kto do nas strzela?! – Gawlikowi taka opinia wydawała się co najmniej chybiona.
– Jakby to była zasadzka, nie byłoby z nas co zbierać – Kaganowicz odpowiedział spokojnie, niemal bez emocji.
Wychylił się ostrożnie ponad półką skalną i zlustrował otoczenie, w ostatniej chwili dostrzegając wroga, mierzącego do niego z karabinu. Schował się błyskawicznie, a kule roztrzaskały kamień zaledwie kilkanaście centymetrów nad jego głową. Gawlik dostrzegł kątem oka, że ranni żołnierze są już bezpieczni.
– Gdzie? – porucznik nie marnował słów.
– Naprzeciwko, jakieś dwadzieścia pięć stopni na lewo. Czemu nie strzelali do rannych? – spytał sam siebie.
– Do rannych się nie strzela.
– Strzela się, towarzyszu poruczniku, strzela. I to mnie niepokoi.
Gawlik rozkazał ruchem dłoni, by trzech ludzi spróbowało obejść skałę, za którą kryli się mudżahedini. Sam przyjął pozycję strzelecką podobnie jak Kaganowicz. Wiedział, że jak żołnierze wyjdą z ukrycia, to staną się łatwym celem. I nie pomylił się. Gdy tylko ktoś się wychylił, z kilku stron padły strzały. Jeden z żołnierzy dostał w przedramię, jednak ten moment dał porucznikowi i sierżantowi okazję do zlikwidowania dwóch wrogów. Martwi przeciwnicy osunęli się w dół, po skale. Pozostali żołnierze również otworzyli zmasowany ogień, który Gawlik już po chwili nakazał przerwać. Usłyszeli dziecinny głos, a w ich kierunku zaczął biec afgański chłopiec, w wieku może dziesięciu lat. Miał schowane za plecami ręce, jakby mu je spętano.
– Nie strielaj! Nie strielaj! – krzyczał.
Polak opuścił karabin i obserwował otoczenie za chłopcem.
– Trzeba go zastrzelić – powiedział grobowym głosem Kaganowicz.
– Czyś ty, kur.., oszalał?! Do dzieci chcesz strzelać?! – Adam myślał, że się przesłyszał.
Sierżant nie czekał na dalsze słowa oficera, tylko posłał dzieciakowi serię. Trafił go prosto w serce, co nie było trudne, bo dzieliła ich odległość najwyżej kilkunastu metrów. Ciało chłopca, uderzone pociskami, lekko podskoczyło w powietrze i zwaliło się na skaliste podłoże. Usłyszeli trzask pękającej czaszki. Polak nie wierzył własnym oczom: był świadkiem morderstwa dokonanego z zimną krwią. Na krótki moment zapadła cisza. Gawlik zacisnął pięść i otworzył usta, by zrugać sierżanta, gdy dostrzegł granat bez zawleczki, który wytoczył się z rozluźnionej dłoni dziecka. Eksplozja urwała trupowi rękę.
– Chcieliście coś powiedzieć, towarzyszu poruczniku? – głos Kaganowicza nie wyrażał żadnych emocji.
Oficer milczał, doskonale zdając sobie sprawę, że sierżant Kaganowicz właśnie uratował im tyłki. Zrozumiał, że jego wiedza i przeszkolenie były niczym w porównaniu z bezcennym doświadczeniem bojowym Sybiraka. Wtedy jeszcze nie wiedział, że już wkrótce jego umiejętności oceny sytuacji na polu walki znacznie przewyższą to, co dzisiaj demonstrował Kaganowicz.
Jednak nie był to koniec niespodzianek. Po chwili usłyszeli krzyki jakiegoś mężczyzny.
– Nicht schiessen! Nie strielać! Nicht schiessen!
Na drogę, z podniesionymi rękami, trzymając oburącz nad głową karabin, wyszedł wysoki, dobrze zbudowany człowiek. Nie miał na głowie zwyczajowego u Afgańczyków turbanu, wiatr rozwiewał mu blond czuprynę. Natychmiast został otoczony przez Rosjan, mierzących do niego z automatów.
– Można wychodzić. Tam już nikogo nie ma – powiedział sierżant i ruszył w kierunku poddającego się bojownika.
– Ich bin Deutsch – mężczyzna zwrócił się do porucznika, gdy tylko dostrzegł jego dystynkcje.
Odebrano mu karabin. Gawlik spojrzał pytająco na sierżanta.
– Zdarza się – Kaganowicz nie wydawał się być zaskoczony. – W ubiegłym miesiącu mieliśmy Francuzów. Nie przeżyli. Przyjeżdżają z różnych krajów, żeby pomagać mudżahedinom, strugając bohaterów. Tego też najlepiej rozwalić na miejscu. Swołocz.
– Nie. Zabieramy go do sztabu – powiedział oficer stanowczo.
Na twarzy Niemca odmalował się wyraz ulgi. Ten radziecki porucznik właśnie ocalił mu życie. Kaganowicz pokręcił tylko z dezaprobatą głową. Ruszyli w kierunku przełęczy.
Martyniuk siedział oparty o skałę, patrząc na zaśnieżone szczyty gór, oddalone o kilkanaście kilometrów. Wydawał się być w innym świecie, z dala od zgiełku panującego w bazie i działań wojennych, których, podobnie jak pozostali, stał się integralnym elementem. Dochodził do siebie po wydarzeniach poprzedniego dnia. W czasie rutynowego patrolu zostali ostrzelani. Zginęło pięciu ludzi.
Nie zwrócił uwagi na podchodzącego do niego Gawlika.
– Jak jest?
Polak podał mu metalowy kubek, w połowie wypełniony podłego gatunku wódką. Tylko taką udawało się tu dostać. Iwan jeszcze przez dłuższą chwilę wpatrywał się w dal. Odwrócił głowę i spojrzał na Adama wzrokiem pełnym przygnębienia i jednocześnie agresji.
– A jak ma być? Do dupy.
Wziął od towarzysza kubek z alkoholem i wypił zawartość do dna.
– No, czyli nic ci nie będzie.
Gawlik starał się mówić pogodnie, ale nieszczególnie mu to wychodziło. Wiedział przez co Iwan przechodził. Był o wiele wrażliwszy niż każdy jeden z nich. Artystyczna dusza. W ogóle nie powinien był się tu z nimi znaleźć. Wojna niszczyła go od wewnątrz, szybko i skutecznie.
cdn
Marek Kędzierski – autor powieści sensacyjnych, które szybko zdobyły sobie rzesze wiernych fanów
'