– Widziałeś „Spartakusa” w Teatrze Bolszoj? – spytał ni stąd, ni zowąd, nie patrząc na Gawlika, kładąc metalowy kubek przy udzie.
– Kogo?
– Nie kogo, tylko co. Balet „Spartakus”, Jurija Grigorowicza – stwierdził nieco protekcjonalnie.
– A wyglądam na konesera baletu?
Martyniuk zignorował głupie pytanie.
– Jeśli wyjdziemy z tego gówna żywi, to cię zabiorę. Zobaczysz sztukę najwyższej próby.
– A czemu mamy nie wyjść? Wyjdziemy, Wania, wyjdziemy. Jeszcze sobie razem pooglądamy te twoje balety.
Iwan zamyślił się znowu, a Gawlik miał wrażenie, że jego towarzysz odpływa myślami gdzieś daleko. Usiadł obok i wychylił resztkę wódki ze swojego kubka.
– Wczoraj, jak szliśmy przez wioskę... – Martyniuk zawiesił na moment głos. – Widziałem dwójkę dzieci. Dziewczynka miała jakieś trzy, może cztery lata, a chłopczyk nie więcej, niż pięć. Patrzyli na nas tymi swoimi wielkim czarnymi oczami, bez strachu, z ciekawością i smutkiem. Dałem im cukierki – te, co mateczka Rosja nam ostatnio przysłała. Wiesz, jak się ucieszyły? Tylko dzieci się tak potrafią cieszyć. Z głupich cukierków. I wtedy rozpętało się piekło. W pierwszej chwili nie byliśmy w stanie zlokalizować skąd do nas strzelali, chłopaki waliły na oślep, ale potem już celniej. Jak się uspokoiło, zobaczyłem te dzieciaki. Dziewczynka nie miała kawałka głowy, wdać było mózg, a chłopczyk został podziurawiony jak sito. Było pełno krwi. Zdziwiłbyś się, ile jej się mieści w takim malutkim ciałku…
Zamilkł. Cisza trwała ponad minutę.
– To jest wojna, Wania. Nic na to nie poradzisz. Tak po prostu jest.
– Co ty, kur.., pierd...?!! – wrzasnął niespodziewanie Martyniuk. – To jest rzeźnia!!! Jesteśmy jak faszyści! Ty tego nie widzisz?!
Gawlik spuścił głowę. Wiedział, że Iwan w dużej mierze ma rację. Wpajano im, że są żołnierzami dumnej Armii Czerwonej, niosącymi cywilizację zacofanemu, ale bratniemu narodowi afgańskiemu. Sam miał wątpliwości, ale starał się je wypierać.
– Wszystko prawda, tylko co z tego? – Gawlik odpowiedział cicho, niemal szeptem.
– Jak to co z tego? Nie widzisz, co się wokoło ciebie dzieje?
– Wania, oni do nas strzelają. I nie na postrach. Strzelają, żeby zabić.
– Ty byś nie strzelał, jak by ci ktoś najechał ojczyznę i mordował ludzi? Jak faszyści byli w Polsce, toście nie strzelali?
– Nie wiem, co bym robił. Poza tym w mojej ojczyźnie są obce wojska i jakoś do nich nie strzelamy – stwierdził Polak prowokacyjnie.
– Kur.., człowieku! Co ty porównujesz? Poza tym co ci mam powiedzieć? Że internacjonalizm? Bratnia pomoc? Naszych wojsk nie powinno być ani u was, ani tutaj. Obaj doskonale o tym wiemy.
– Właśnie. Nie zmienimy tego. Ani ty, ani ja. Ale pamiętaj, Wania, że jesteś oficerem. W dużym stopniu od ciebie zależy, czy twoi żołnierze wrócą do domu żywi, czy w plastikowych workach. Zrób wszystko, co możesz, żeby wrócili żywi.
Iwan spojrzał na Adama spode łba.
– Toś mnie, kur..a, pocieszył.
– Będzie dobrze – Polak uderzył w pogodny ton. – Gorbaczow nas stąd wyciągnie i wtedy poznasz mnie z jakąś miłą baletnicą albo dwiema, może trzema...
Martyniuk uśmiechnął się mimo woli i walnął kolegę w ramię. Gawlik puścił do niego oko i wstał, by napełnić swój kubek. Z każdym łykiem paskudna wódka smakowała lepiej.
Afgańska prowincja Kandahar uprzykrzała życie radzieckim żołnierzom swoim surowym klimatem. Różnice temperatur między nocą a pełnią dnia, nierzadko przekraczające trzydzieści stopni, były czasem trudne do zniesienia dla ludzi wychodzących na akcję.
22. Brygada Powietrzno-Desantowa, której żołnierzami byli przyjaciele z riazańskiej szkoły, miała jasne zadanie: blokować i przechwytywać transporty broni dla oddziałów mudżahedinów, płynące szerokim strumieniem z Pakistanu. Dowództwo doceniało ich niezwykłe umiejętności, bardzo przydatne w tych okolicznościach. Dostrzeżenie śladów wroga z lecącego na niewielkiej wysokości śmigłowca bojowego nie należało do zadań, z którym przeciętny komandos byłby w stanie sobie poradzić. Wyśledzenie i zneutralizowanie nieprzyjaciela w wielu przypadkach okazywało się sprawą równie trudną. Zwykle latali na akcje razem, całą paczką, lecz tego dnia Adam został w bazie, żeby nabrać sił po ostatnim wypadzie bojowym, a chłopaków wysłano na rutynowy patrol.
W sali projekcyjnej znowu puszczali „Czapajewa”. Potem, jak zwykle, miał lecieć „Pancernik Potiomkin”. Podobnie jak pozostali, Adam widział te filmy już wiele razy, ale w to kwietniowe popołudnie 1987 roku nie miał nic do roboty, a ciągła gra w karty zaczynała już go nudzić. Poza tym nigdy nie pozwolił sobie wciągnąć się w narkotyki, którymi jego towarzysze zabijali czas.
Usiadł na wolnym krześle w drugim rzędzie. Kończył się właśnie „Czapajew”, więc nadchodził czas „Potiomkina”.
– Będzie Wietnam – sąsiad z lewej szepnął do niego konspiracyjnym szeptem.
– Co? – nie zrozumiał porucznik.
Oficer propagandowy pozwolił, żebyśmy zobaczyli, co Amerykanie wyprawiali z dzielnym narodem wietnamskim pod koniec lat sześćdziesiątych. Ma to nas zagrzać do walki – żołnierz pośpieszył z wyjaśnieniem.
W ciemnym pomieszczeniu Adam dopiero po chwili rozpoznał twarz i dystynkcje sąsiada. Nie znał tego sierżanta.
– No to popatrzymy – stwierdził porucznik, zadowolony, że wreszcie pojawia się jakaś odmiana.
Już w pierwszej połowie filmu stało się jasne, że nadzieje oficera propagandowego na wzbudzenie nienawiści do imperialistów okazały się płonne. Widok amerykańskiego śmigłowca, zmiatającego ciężkim ogniem maszynowym zastępy żołnierzy Wietkongu wywoływał reakcje odwrotne do zamierzonych. Przy każdym tego typu epizodzie widzowie z entuzjazmem krzyczeli na całe gardło: „Bić mudżahedinów! Rozwal ich!”. Oficer propagandowy łapał się za głowę, widząc kompletną ignorancję i niedojrzałość polityczną żołnierzy radzieckich, ale nie odważył się przerwać projekcji. Zdawał sobie doskonale sprawę, że pewnie by go zlinczowano na miejscu, a taki los wcale mu się nie uśmiechał.
Adam z ciekawością obserwował całą sytuację, sam nie bardzo rozumiejąc, co tu się właściwie dzieje. Raptem niecałe dwa lata temu było głośno o akcji amerykańskich najemników, którzy przylecieli do Afganistanu zdobywać nowe doświadczenia bojowe. W zorganizowaną przez nich zasadzkę wpadł oddział porucznika Siergiejenki z transportem paliwa. Amerykanie zapędzili żołnierzy do wąwozu i spalili ich żywcem. Sam ciężko poparzony Siergiejenko przeżył cudem. Nie było chyba radzieckiego żołnierza, który nie kipiałby wtedy nienawiścią do Amerykanów. A dzisiaj? Kibicują wrogom strzelającym do sojuszników! Może dlatego, że tamci to byli najemnicy, a ci tutaj to żołnierze tacy jak oni sami, po prostu walczący o przeżycie...
cdn
Marek Kędzierski – autor powieści sensacyjnych, które szybko zdobyły sobie rzesze wiernych fanów
'