----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

09 października 2014

Udostępnij znajomym:

Trwa pobieranie wersji audio...

 – Mam pracę.

Przestała poprawiać włosy i spojrzała na niego z politowaniem.

Kierownik do spraw ogólnych w przedsiębiorstwie państwowym – wycedziła. – Twoja pensja też jest ogólna. Nie rozśmieszaj mnie, to przecież żałosne! Twoi kolesie są teraz prezesami, wiceprezesami i członkami zarządów. A ty, kim jesteś?! Nikim! Zerem! Kierownikiem do spraw ogólnych!!!

Wyciągnęła z szafy kostium i zaczęła się ubierać. Roman nie wiedział, czy go zdradza, więc wolał myśleć, że prowadzi z nim swoistą grę. Nie wyobrażał sobie bez niej życia.

Kiedy wrócisz?

Nie wiem, ale czekaj z kolacją.

Zadzwonił telefon. Roman uniósł się z fotela, by odebrać.

Zostaw, to do mnie – powiedziała stanowczo.

Tak, słucham? – odezwała się do słuchawki swoim aksamitnym, niezwykle ujmującym głosem, którego brzmienie sprawiało, że rozmówca po drugiej stronie linii czuł się kimś wyjątkowym.

Zaskoczenie malujące się na twarzy Anety rosło z każdą sekundą. Spojrzała na męża, a jej wysoko uniesione ze zdumienia brwi nie pozostawiały wątpliwości, że właśnie usłyszała jakąś nadzwyczajną wiadomość.

Do ciebie – powiedziała półgłosem i podała mu aparat.

Kto? – spytał i bardzo powoli wstał z fotela.

Mimo nietypowej reakcji żony nie sądził, żeby było to coś na tyle ważnego, by się śpieszyć. Nieszczególnie miał ochotę z kimkolwiek teraz rozmawiać. Nawet z kimś takim, komu niemal udało się wprawić jego żonę w osłupienie, co zresztą obserwował z niekłamaną satysfakcją. Poza tym najzwyczajniej w świecie mogła to być po prostu pomyłka. Takie rzeczy się zdarzają.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych, czy pan Maliński?

Przy aparacie – potwierdził.

Kobieta po drugiej stronie linii miała oschły, nieznoszący sprzeciwu głos, tak typowy dla urzędników wysokiego szczebla. Robert czasem zastanawiał się nawet, czy przechodzą oni w tym kierunku jakieś specjalne szkolenia.

Pan minister prosi o pilne spotkanie w sprawie najwyższej wagi państwowej. W najbliższym możliwym terminie – zabrzmiało to jak rozkaz. Pracownica ministerstwa czekała na odpowiedź.

Jestem do dyspozycji pana ministra. Kiedy tylko pan minister sobie życzy.

Doskonale. W tej chwili jest osiemnasta, więc niech pan będzie u nas o dziewiętnastej. Tylko proszę się nie spóźnić.

A czy...?

Kobieta przerwała połączenie, uznając widocznie, że potwierdzenie dokonanych przed chwilą ustaleń jest zbędne. Roman odłożył słuchawkę i patrzył niewidzącymi oczyma w kierunku sypialni. Aneta rozłożyła ręce i lekko pochyliła głowę do przodu, dając mu tym gestem do zrozumienia, że oczekuje jakiegoś wyjaśnienia. Roman zignorował ją. Chwycił powieszoną na oparciu fotela marynarkę i bez słowa ruszył do drzwi wyjściowych.

I co, nie zamierzasz mi nic powiedzieć? – krzyknęła za nim.

Aneta była wyraźnie poirytowana. Odwrócił głowę.

Mam spotkanie z ministrem. Sprawa najwyższej wagi państwowej. I wiesz... – zawiesił teatralnie głos. – Nie czekaj z kolacją.

Zamknął za sobą drzwi i zbiegł po schodach z trzeciego piętra, nie oglądając się na reakcje żony, która z pewnością mogła być gwałtowna. Po chwili dotarł na parking, otworzył skrzypiące drzwi i wsiadł do wysłużonego malucha. Degradacja społeczna miała swoje wymierne skutki; już jakiś czas temu musiał się przesiąść do pojazdu, na który wcześniej patrzył z najwyższą pogardą. Jego żona jeździła firmową toyotą cariną i nie pozwalała się nawet zbliżać do tego samochodu.

Fiat wygramolił się z osiedla na główną drogę, by po chwili zatrzymać się na czerwonych światłach. Robert zachodził w głowę, po co akurat on może być potrzebny ministrowi. On sam należał przecież do zupełnie innej opcji politycznej, był przedstawicielem reżymu komunistycznego, przez większość swej kariery przebywającym na placówkach zagranicznych, w większości na terenie Związku Radzieckiego. Pomyłka? Niemożliwe, nie na takim szczeblu.

Dźwięk klaksonów wyrwał go z rozmyślań. Zapaliło się zielone światło, a kierowcy za nim trąbili wściekle, jakby od tego zależało ich życie. Zwolnił sprzęgło i przycisnął gaz. Za słabo – silnik kaszlnął i zgasł. Właściciele samochodów zachodnich marek, które mimo woli przyblokował, dostawali szału. Dla­czego ci ludzie są tacy niecierpliwi? Robert spokojnie odpalił samochód i już na pomarańczowym świetle przejechał skrzyżowanie.

Dojechał przed czasem. Do alei Szucha od jego domu nie było daleko, więc miał jeszcze dwadzieścia minut. Zaparkował dwieście metrów dalej. Pewnie mógłby wjechać na parking ministerstwa, ale czułby się niezręcznie, wysiadając ze swojego niezbyt re­prezentacyjnego auta. A poza tym przy okazji kilkuminutowego spaceru chciał uspokoić myśli.

Na bramie wjazdowej wartownik sprawdził jego tożsamość, wydał mu przepustkę i udzielił dokładnych wskazówek jak dojść na miejsce.

W sekretariacie ministra, za stylowym biurkiem siedziała czterdziestoparoletnia kobieta, w wielkich okularach zasłaniających pół twarzy. Była przedstawicielką gatunku kobiet niezbyt urodziwych, ale inteligentnych. Wąskie usta zdradzały wredny charakter. Coś pisała. Roman zamknął za sobą drzwi.

Dzień dobry. Jestem umówiony z ministrem, na dziewiętnastą.

Jego nadzieje na zwrócenie na siebie jej uwagi okazały się płonne. Sekretarka ani na moment nie przestała pisać. Była za pięć siódma. Stał przed nią przez chwilę, nie wiedząc, co zrobić. Na moment zbiła go z tropu. Ale tylko na moment.

To chwalebne, że ministerstwo zatrudnia osoby niepełnosprawne – powiedział głośniej.

Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Sekretarka podniosła na niego pytający wzrok.

Słucham?

Powiedziałem: „Chwalebne, że ministerstwo zatrudnia osoby niepełnosprawne” – odpowiedział neutralnym tonem. – Przy wejściu powiedziałem: „Dzień dobry”, pani się nie odezwała. Nie wiedziałem, że mam do czynienia z osobą niedosłyszącą – dokończył złośliwie.

Kobieta poczerwieniała ze złości. Nie przywykła do tego, by ktokolwiek tak z nią rozmawiał. Najczęściej sytuacja była odwrotna – to inni musieli wysłuchiwać jej kąśliwych uwag. Otworzyła usta, by dać zuchwalcowi ostrą reprymendę, lecz w drzwiach gabinetu ministra ukazał się on sam i jego gość. Uścisnęli sobie przyjaźnie dłonie i wymienili pożegnalne uś­miechy. Gość ministra wyszedł w milczeniu, bez zwyczajowego „do widzenia”. Jego twarz wydawała się Romkowi dziwnie znajoma i usilnie starał się sobie przypomnieć, skąd tego człowieka zna. Kolega partyjny z dawnych czasów? Ale co by tutaj robił?

cdn

Marek Kędzierski – autor powieści sensacyjnych, które szybko zdobyły sobie rzesze wiernych fanów

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor