----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

23 października 2014

Udostępnij znajomym:

Trwa pobieranie wersji audio...

– Doskonale – minister wyraźnie się ucieszył i wstał od stołu. – Samochód rządowy stoi przed wejściem. Kierowca odwiezie pana do domu, poczeka, aż się pan przygotuje i zawiezie na lotnisko. Samolot jest o dwudziestej drugiej. Pozostałe osoby z delegacji zostaną uprzedzone, powiedzą panu co i jak – wyciągnął dłoń do Romana. – Powiedziałbym coś w stylu: ojczyzna panu tego nie zapomni, ale wiem z doś­wiadczenia, że zapomni na pewno, taka to ona dzisiaj jest, więc po prostu życzę powodzenia, panie Romku!

Uścisnęli sobie dłonie i Maliński wyszedł z gabinetu ministra. Roman przeszedł przez sekretariat, ignorując panią Anię. Przy drzwiach odwrócił się w jej stronę.

– Mimo wszystko do widzenia, bo pewnie w głębi serca jest pani bardzo miłą osobą…

Uśmiechnął się, i nie czekając na odpowiedź, zamknął za sobą drzwi. Pani Ani odebrało mowę i jeszcze przez dobrą chwilę nie mogła pozbierać myśli, ale on już tego nie widział.

Na lotnisku czekało na niego trzech pracowników Ministerstwa Współpracy Gospodarczej z Zagranicą, którzy przedstawili się mu jedynie z nazwiska. Dziw­ni, wyjątkowo sztywni ludzie. Szefem delegacji był niejaki Jabłoński, a dwaj pozostali to Chryniewicz i Zielko. Wyglądali na bardzo spiętych i dopiero w samolocie Jabłoński zwrócił się do Romka.

– Podobno ma pan jakieś układy z Rosjanami... – zagadnął służbowym tonem.

– Miałem kiedyś okazję poznać osobiście obecnego premiera. Ładnych parę lat temu.

Jabłoński uśmiechnął się pobłażliwie i pokręcił głową.

– Tak myślałem. To, że poznał pan Czernousowa osobiście, nic nie znaczy. Wygląda na to, że nie na wiele się pan przyda – stwierdził ze znawstwem. – Ale skoro szefostwo pana wysłało...

– Może jednak... – zaczął Maliński, ale mężczyzna nie pozwolił mu dokończyć.

– Niech pan posłucha! Najlepiej będzie, jakby pan w ogóle siedział cicho. To jest robota dla profesjonalistów. Pan nim nie jest, więc proszę postarać się niczego nie zepsuć.

Zanim Roman zdołał cokolwiek odpowiedzieć, mężczyzna wstał i przysiadł się do Chryniewicza, rozlokowanego kilka metrów z przodu. Rozmawiali półgłosem, pilnując się, by Roman  nie miał szansy ich podsłuchać.

– Właściwie to dobrze się stało, że wysyłali z nami tego palanta – powiedział zagadkowo Chryniewicz.

– Bo? – Jabłoński nie potrafił dostrzec korzyści wynikających z obecności Malińskiego.

– To proste. Jak coś pójdzie nie tak, to całą winę zwalimy na gościa. Powiemy, że kłapał ozorem i wszystko spieprzył. A my będziemy czyści.

Szef delegacji zastanowił się przez moment i jego twarz rozjaśnił złośliwy uśmieszek.

– Masz rację, Tadziu. W razie czego wyleziemy z gówna po jego plecach.

Klepnął towarzysza po ramieniu. Zaplanowane na jutro spotkanie już nie wydawało się być takie straszne.

Punktualnie o dziewiątej rano Polacy weszli do ogromnej sali konferencyjnej. Delegacja rosyjska już na nich czekała – za długim na kilkanaście metrów owalnym stołem siedziało pięciu mężczyzn. Skibicki miał rację – pojawił się również nowy premier. Gospodarze nie wstali na powitanie gości i atmosfera była chłodna już od samego początku spotkania. Młoda kobieta, asystentka, wskazała polskiej delegacji krzesła i zniknęła za drzwiami. Jeszcze zanim usiedli, Jabłoński przedstawił nowego uczestnika rozmów. Pozostali, z wyłączeniem premiera, znali się już z wcześniejszych spotkań.

– Panie premierze, szanowni panowie, pan Ro­man Maliński będzie uczestniczył w negocjacjach, głównie jako obserwator. Mam nadzieję, że panowie nie mają nic przeciwko temu.

Rosjanie spojrzeli szybko na Czernousowa, a ten kiwnął głową na znak, że się zgadza. Z jego kamiennej twarzy nic nie można było wyczytać, jedynie patrzył na Polaków lodowato. „Niedobrze”, pomyślał Roman. Zaczął się poważnie obawiać o losy kontraktu. Wygląda na to, że swoją osobą więcej tu zaszkodzi, niż pomoże. Najlepiej byłoby się jakoś zręcznie usunąć. Ale jak?

– Panowie pozwolą, że pan Chryniewicz przedstawi nasze zmodyfikowane stanowisko, które na­stępnie szczegółowo omówimy. Polak wstał i zaczął mówić. Perorował składnie i do rzeczy, operując cyframi i podpierając się wykresami. Widać było, że jest przygotowany do rozmów. Po około dziesięciominutowej prezentacji zaoferował się rozwiać wszelkie wątpliwości, które mogły nasunąć się rosyjskim partnerom. I to był początek katastrofy, bo Rosjanie byli przygotowani o niebo lepiej, niż w trakcie poprzednich spotkań. Musiało się tak stać za sprawą premiera. Zaczęły padać bardzo konkretne, niezwykle trudne pytania. Chryniewicz dwoił się i troił, by nie wyjść na niekompetentnego ignoranta, jednak niewiele mógł zdziałać. Zaczął w końcu plątać się w odpowiedziach i w zdenerwowaniu popełniał kardynalne błędy. Zaskoczenie było kompletne. Jabłoński poczerwieniał, na czoło wystąpiły mu kropelki potu, a Zielko siedział nieruchomo, blady jak ściana.

Grobowy głos premiera przerwał werbalną egzekucję.

– Panowie, jesteście nieprzygotowani do rozmów i marnujecie nasz cenny czas. Oczekuję panów jutro o dziewiątej. Mam nadzieję, że dzisiejsza sytuacja się nie powtórzy. Żegnam panów.

Premier podniósł się z krzesła i oparł oburącz o blat stołu. Jego wzrok ciskał gromy. Pozostali członkowie delegacji rosyjskiej jak na komendę poderwali się na równe nogi.

– Panie premierze, proszę jednak zrozumieć... – odważył się zabrać głos przewodniczący polskiego zespołu.

Czernousow nie zamierzał jednak niczego rozumieć.

– Chce pan coś jeszcze powiedzieć, panie Jabłoński?

– Nie, panie premierze – Polak położył uszy po sobie. – Zapewniam...

– Proszę mnie nie zapewniać –szef rosyjskiego rządu podniósł głos. – Proszę wziąć się do roboty!

Jabłoński skłonił się na znak, że zrozumiał i cała czwórka ruszyła do drzwi. Wiedział, że czeka ich nieprzespana noc.

– Panie Maliński, proszę zostać jeszcze chwilę – przy wyjściu dobiegł ich głos premiera.

Polacy spojrzeli po sobie zaskoczeni, a Romkowi nagle zrobiło się bardzo sucho w gardle. Pracownicy polskiego ministerstwa, nie zwlekając, opuścili salę konferencyjną. Czernousow wyszedł zza stołu i podszedł powoli do Polaka, a potem stanął przed nim, zacisnął usta i popatrzył mu prosto w oczy. Roman wiedział, że w Rosji ludzie ginęli bez śladu. Czyżby Czernousow postanowił się dzisiaj zemścić? Sekundę później twarz premiera nagle pojaśniała. Czernousow uśmiechnął się od ucha do ucha, chwycił Malińskiego w ramiona i uściskał go serdecznie. Romek zdębiał.

– Stary druhu! Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę! – Rosjanin potrząsał nim swoim masywnymi dłońmi. – Siadaj i opowiadaj, co u ciebie!

cdn

Marek Kędzierski – autor powieści sensacyjnych, które szybko zdobyły sobie rzesze wiernych fanów



----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor