Sufit był zawieszony dość nisko, więc odruchowo pochylił głowę. Około dziesięciu metrów od wejścia, za długim na co najmniej trzy metry stołem siedziało dwóch mężczyzn. John Boyd rozpoznał człowieka z lewej. To był Tom Harris, czyli pierwszy po Bogu w „Executive Outcomes”. Ubrany był w czarny T-shirt i ciężką kurtkę z brązowej skóry. Obok Harrisa, z założonymi na piersiach rękami, których nie powstydziłby się niejeden kulturysta, siedział krótko ostrzyżony człowiek w panterce, wyglądający na oficera.
– Witam, panie Boyd – Harris wskazał drewnianą ławę ustawioną przed stołem.
Prawnik przełożył przez nią nogi i usiadł.
– Miejsce na spotkanie jest nieco... osobliwe, delikatnie mówiąc. Jakiś powód?
– Boyd rozejrzał się po wnętrzu.
– Przygotowujemy tu pewne przedsięwzięcie. W końcu jest to, że się tak wyrażę, wschodzący rynek. Wojna między Ormianami a Azerami nie skończy się chyba nigdy. Poza tym chodzi o bezpieczeństwo: żadnych podsłuchów, wokół góry, a najbliższe zbocze jest prawie o dwa kilometry stąd, dlatego prawdopodobieństwo ewentualnego zamachu jest praktycznie zerowe. Powinien pan być mi wdzięczny.
– Pańscy ludzie, tam, za drzwiami, mało mi łba nie odstrzelili.
– Proszę mi wierzyć, to niezbędne środki bezpieczeństwa.
– Ciekawe ma pan podejście do kwestii bezpieczeństwa gości. Pod lufą karabinu.
– Do rzeczy!
Harris zignorował złośliwości gościa. Był tu po to, by załatwić zlecenie i to intratne zlecenie. Wiedział, że mafia wyjątkowo niechętnie rozstaje się ze swoimi, nota bene ogromnymi pieniędzmi, ale tym razem będzie musiała. Chodziło przecież o honor rodziny.
– Tak jak mówiłem, trzeba dorwać księgowego i odzyskać to, co ukradł. A w zasadzie to, co pozostało z kradzieży.
– To mafii można coś ukraść? – tym razem Harris pozwolił sobie na złośliwość.
Prawnik przez chwilę milczał, ale w końcu zdecydował, że nie warto się odgryzać. Byli kwita.
– Już wiemy, gdzie jest. Zadekował się w Birmie. Skumplował się z tamtejszymi władzami, tworząc sobie coś na kształt prywatnej armii, i żyje jak książę – za nasz szmal.
– Próbowaliście go dostać?
– Wysłaliśmy ludzi, ale nikt nie wrócił. Mamy pewne informacje, że Wallace ich wykończył. Nikt od nas nie da rady.
– Teraz albo będzie się pilnował, albo poczuje się pewnie. Ile wam zgarnął?
– Dużo – Boyd nie zamierzał dzielić się takimi wiadomościami.
– Ile?! – Harris nie dawał za wygraną
– Co to ma za znaczenie?! – prawnik był zirytowany.
– Panie Boyd, jeśli o coś pytam, to znaczy, że jest to istotna informacja. Muszę wiedzieć, jak sumiennie cel może się przygotować na naszą ewentualną wizytę.
– Sto pięćdziesiąt milionów – odburknął wysłannik rodziny Madano.
Harris zamyślił się, jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Analizował coś przez chwilę, aż wreszcie wskazał swojego sąsiada.
– Panowie się jeszcze nie znacie. To jest kapitan Richard Pratt. Doświadczenie z brytyjskich oddziałów specjalnych SAS i amerykańskich Navy SEALS. On zajmie się przygotowaniem i przeprowadzeniem akcji.
Komandos ani drgnął. Nie wyciągnął do Boyda ręki, tylko patrzył na gościa badawczo, z miną pokerzysty. Prawnik zaszczycił komandosa krótkim spojrzeniem, choć wcześniej zupełnie ignorował jego obecność. Major wyglądał na człowieka po czterdziestce. Na lewym policzku można było dostrzec kilkucentymetrową bliznę, zaś w jego oczach widać było nieprzeciętną inteligencję i swoistą zaciętość. Boyd przeniósł wzrok na Harrisa, który z obojętną miną patrzył przez otwór okienny na zewnątrz. W jego polu widzenia pojawił się jakiś miejscowy, prowadzący objuczonego muła. Do wieśniaka natychmiast podbiegli jacyś komandosi i szybko go przeszukali, sprawdzając, czy nie jest uzbrojony. Nie był.
– Wolałbym Gawlika – powiedział beznamiętnie prawnik.
Harris wrócił myślami do rozmowy.
– Kogo?
– Adama Gawlika. Tego, co dowodził akcją w Angoli w rejonie Soyo, który czyściliście z partyzantki UNITA.
Boyd podał dokładniejsze informacje, ale nie musiał tego robić. Przedstawiciel „Executive Outcomes” od samego początku doskonale wiedział, o kogo chodzi.
– Muszę pana zmartwić – Gawlik nie żyje. Zginął w Kongo podczas akcji, którą, nawiasem mówiąc, kompletnie spieprzył. Tylko stracił naprawdę dobrych żołnierzy, na własne nieszczęście. Major Pratt z całą pewnością przewyższa kwalifikacjami Gawlika, więc nie mógł pan trafić lepiej.
– Szkoda. Dużo o nim słyszałem.
– Nie ma ludzi niezastąpionych, panie Boyd. Niedługo sam pan się o tym przekona. Przejdźmy więc...
Drzwi pomieszczenia uchyliły się i do środka wszedł przysadzisty Azer, zbliżając się do mężczyzn w pozie usłużnego lokaja. Przez chwilę obserwowali go kompletnie zaskoczeni. Po co wpuściła go tu ochrona?!
– Czego tu? – rzucił ostro Harris. Nie czekając na odpowiedź, wrzasnął na szefa swoich ludzi, wściekły, że ten pozwolił,
by jakiś lokalny tłumok im przeszkadzał.
– Bradock!!!
– Krzyk nic nie da – odezwał się cicho Azer. – Nie usłyszą.
Harris spojrzał na przybysza. Skądś znał ten głos. To niemożliwe! Przez głowę zaczęły galopować mu myśli, które budziły strach. Powoli wstał od stołu, nie odrywając wzroku od przykurczonego mężczyzny. Oczy mu się zaokrągliły.
– Gawlik?
Jakby to był sygnał do działania, major Pratt wstał i błyskawicznym ruchem wydobył zza pleców pistolet maszynowy mini-Uzi, biorąc intruza na muszkę. Gawlik wyprostował się. Mimo gęstego zarostu na twarzy Harris nie miał wątpliwości, że to właśnie z nim ma do czynienia.
cdn.
Marek Kędzierski – autor powieści sensacyjnych, które szybko zdobyły sobie rzesze wiernych fanów