Jak zwykle o tej porze roku, Manhattan przeżywał najazd turystów. Adama zawsze bawiło obserwowanie ludzi wychodzących ze stacji metra i natychmiast zadzierających głowy do góry, by obejrzeć szczyty słynnych nowojorskich drapaczy chmur. Zorientują się po niewczasie, że stanowią znakomity cel działań tutejszych szumowin. Nieświadomy niczego turysta do doskonałe źródło zarobku dla nowojorskich kanciarzy, złodziei i pospolitych bandytów.
Późnym popołudniem Greenwich Village budziło się powoli do życia. Było zastanawiające, że pułkownik Wojska Polskiego wybrał akurat takie miejsce. Oprócz turystów bywali tu najczęściej niespełnieni artyści i wszelkiej maści niespokojne dusze. Pułkownik polskich sił zbrojnych jakoś tu nie pasował…
Adam bez trudu odnalazł umówioną kawiarenkę. Rozejrzał się – w środku było jeszcze w miarę pusto. Wystrój wnętrza, stylizowany na lata dwudzieste, tworzył specyficzną atmosferę. Czuło się powiew przeszłości, ducha prohibicji i skrycie spożywanego alkoholu, którego nie pić w tamtych czasach po prostu nie wypadało. W takich miejscach bywał sam wielki Al Capone i jego kumple.
W kącie, po prawej stronie od drzwi, siedział samotny mężczyzna i czytał „New York Times’a”. Dobre miejsce, bo wchodzący zwykle nie patrzy w tym kierunku. Adam podszedł do jego stolika. Mężczyzna jakby tylko na to czekał. Odłożył gazetę, wstał i wyciągnął do Adama rękę na powitanie.
– Dzień dobry, panie Gawlik.
– Witam, panie Pytlak.
Nieumundurowany pułkownik zapraszającym gestem wskazał gościowi miejsce. Był postawnym mężczyzną, wyższym niż Adam. Choć w cywilu, nadal widać było po nim wojskowy dryl. Wyglądał na około pięćdziesiąt lat. Jego twarz zdradzała pewne oznaki zmęczenia życiem, lecz w oczach bez trudu można było dostrzec niespożytą energię.
– Niełatwo pana znaleźć – zaczął pułkownik.
– W życiu czasem gwałtownie wzrasta zapotrzebowanie na święty spokój, ale panu, jak widać, się udało.
– Od lat niezmiennie dają tu znakomitą kawę. Napije się pan? – spytał oficer i właściwie nie czekając na odpowiedź, skinął na kelnera. – Dwie kawy poproszę.
– Czy coś jeszcze? – młody kelner był bardzo grzeczny.
– Na razie dziękujemy. Może później.
Chłopak odszedł szybko, by zrealizować zamówienie.
– Pewnie jakiś student, próbuje sobie zarobić na czesne – powiedział Adam, patrząc znacząco za odchodzącym. – Jakże inaczej było w Polsce. Młodzi ludzie nigdy nie potrafią docenić tego, co akurat mają i co leży w zasięgu ręki. Tutaj trzeba o wszystko walczyć, a dolar stanowi o wartości człowieka. Dziwny kraj.
– Wiele się u nas zmieniło od czasu, gdy pan zniknął w osiemdziesiątym drugim. Teraz to inny kraj. Nawet ludzie się zmienili.
Adam spojrzał ciekawie na swojego rozmówcę.
– Nawet ludzie... – stwierdził w zamyśleniu. – Myśli pan, że są teraz szczęśliwsi?
– Nie mnie o tym wyrokować, panie Gawlik. Ale z pewnością jesteśmy teraz wolnym krajem. Wreszcie oddychamy swobodniej. Mamy prawdziwie naszą, polską armię. Dlatego, między innymi, przychodzę do pana.
Adam przyglądał się oficerowi byłego Ludowego Wojska Polskiego, który z takim entuzjazmem mówił mu o przemianach w ojczyźnie. Mimo swojej przeszłości jednak budził zaufanie.
– W czym mogę panu pomóc, panie Pytlak?
– Chciałbym, żeby pan wrócił do kraju.
Kelner przyniósł zamówioną kawę i postawił zadziwiająco gustowne, jak na amerykańskie kawiarenki, filiżanki przed mężczyznami. Aromat ciemnego płynu uniósł się nad stolikiem, natychmiast wywołując uśmiech zadowolenia na twarzy pułkownika. Adam nigdy nie był koneserem kawy, lecz ta rzeczywiście smakowała wyśmienicie. Pomyślał, że trzeba będzie zapamiętać tę kafejkę. W końcu nie jest aż tak daleko od jego niewielkiego mieszkania w centralnej części Manhattanu.
– Mam wrócić? – spytał zdziwionym głosem. – Po co, a przede wszystkim, w jaki sposób? Według prawa jestem dezerterem i kryminalistą. Nie pałam szczególną ochotą na zwiedzanie polskiego, nawet zreformowanego więzienia. Ostatnio mam klaustrofobię, a tam podobno jest ciasno.
– Pan żartuje, panie Gawlik – uśmiechnął się Pytlak. – Pana problem rozwiązuje jeden podpis właściwej ręki.
– Pańskiej ręki?
– Przecenia mnie pan. Aż tyle w naszym kraju się nie zmieniło. Jestem jednak upoważniony do udzielenia panu pełnych gwarancji, że pana powrót do kraju w żaden sposób nie będzie wiązał się z jakąkolwiek odpowiedzialnością karną.
– Ciekawe rzeczy pan mówi, pułkowniku. No to jeszcze niech mi pan powie, po co miałbym wracać.
– Panie Gawlik, tworzymy nową, prawdziwie polską armię. Powstały jednostki specjalne, gdzie pana doświadczenie i umiejętności mogłyby się bardzo przydać. Nie możemy zbyt wiele zapłacić, ale ojczyzna coś chyba dla pana znaczy... – powiedział Pytlak z nadzieją na rozbudzenie emocji patriotycznych w tym w sumie wciąż młodym człowieku.
Adam roześmiał się, szczerze rozbawiony. Oficer Wojska Polskiego był człowiekiem starej daty, lecz dla niego patriotyzm z pewnością nie był na pierwszym miejscu na skali uznawanych wartości.
– No dobra, a teraz poważnie. Z czym pan do mnie przychodzi, panie Pytlak? – odpowiedział Adam, przestając się uśmiechać.
– W 1990 roku stworzona została jednostka specjalna „Błyskawica”. Jestem jej dowódcą. Skorzystaliśmy z doświadczeń Amerykanów z Delty i Brytyjczyków z SAS, choć nie tylko. To pierwsza tak wyspecjalizowana formacja w kraju, w dodatku zawodowa. Mamy ambicję dorównania najlepszym na świecie, a do tego potrzebuję pana. Tych żołnierzy trzeba doszkolić.
– Ja? A czymże sobie zasłużyłem na taki zaszczyt? – zapytał Adam z nutą ironii w głosie, której pułkownik wolał nie dostrzegać.
cdn.
Marek Kędzierski – autor powieści sensacyjnych, które szybko zdobyły sobie rzesze wiernych fanów