– A, to pan mówi po naszemu? Bardzo ładnie, pewnie mamusia była Polką. Zapraszam do samochodu, na pewno się dogadamy. Gdzie pański bagaż?
Rozglądał się gorączkowo na wszystkie strony w poszukiwaniu, jak się spodziewał, pokaźnego zestawu pięknych, amerykańskich walizek. Adam zarzucił swój wojskowy plecak na ramię i ku zdziwieniu taksówkarza rozłożył ręce, dając mężczyźnie do zrozumienia, że innego bagażu nie ma.
– To wszystko, co mam. Duży rzeczy to tylko kłopot.
Zaskoczony taksiarz uniósł brwi. Amerykański polonus przyjeżdża do starego kraju niczym biedny student uniwersytetu, z jakimś tam plecakiem?! Zupełnie nie mieściło mu się to w głowie. Zawsze uważał, że z tego mlekiem i miodem płynącego kraju przybywa wyłącznie bogactwo w ludzkiej postaci. A tu trafił mu się jakiś odszczepieniec, który widać nie dorobił się w Ameryce. Był przekonany, że gdyby tylko on sam miał szanse udać się z ocean, z pewnością zarobiłby na dostatnie życie dla siebie i rodziny, na długie lata.
Wsiedli do starego, ale całkiem wygodnego mercedesa. Mężczyzna usadowił się za kierownicą. Wyglądał na człowieka grubo po czterdziestce, był otyły i średniego wzrostu. Łysina i siwiejące już włosy znaczyły trudy życia, z którymi musiał się borykać od chwili transformacji ustrojowej. Bezpowrotnie minęły czasy, gdy kierowca taksówki znaczył w hierarchii społecznej więcej, niż dyrektor przedsiębiorstwa i ludziom takim jak on niezwykle trudno było się z tym pogodzić. A jeszcze trudniej dostosować się do nowej rzeczywistości. Obdzieranie ze skóry cudzoziemców wożonych z lotniska było jakimś sposobem na życie, ale tworząca się już mafia taksówkowa nie dawała kierowcom spoza układu większych szans na stały zarobek.
– U was, w Stanach, to jest życie – nie to, co tu. Ja bym pojechał, ale wizy, cholera, nie chcą mi dać. Boją się, czy co? Ale panu to chyba nieszczególnie się powiodło. Nie udało się dorobić, co?
– Wie pan, ja to myślę jak za socjalizmu: „każdemu według potrzeb”. Widać moje potrzeby nie są wielkie.
Kierowca spojrzał na pasażera z politowaniem i zmilczał. Gdyby wiedział, jaki jest stan konta tego niepozornego, choć masywnie zbudowanego przybysza zza oceanu, to z pewnością z wrażenia wypadłby ze swojej wiekowej taksówki. Pieniądze, które Gawlik zarobił jeszcze za czasów pracy dla „Executive Outcomes” przyprawiłyby o zawrót głowy niejednego, choćby i nieźle sytuowanego obywatela nowej Polski.
– No to dokąd jedziemy? Do jakiegoś hotelu? –spytał ochoczo taksówkarz, licząc na przyzwoity zysk.
– Chciałbym, żeby najpierw obwiózł mnie pan trochę po centrum Warszawy, tak żebym mógł się rozejrzeć, a potem do Rembertowa, do jednostki wojskowej.
Taksówkarz odwrócił się, taksując go przez chwilę wzrokiem. Gość stanowczo nie wyglądał na zamożnego.
– Wie pan, ja jestem uczciwy taksiarz i od razu mówię, że taki kurs to będzie sporo kosztował.
– Musi kosztować. No to powiedz pan, ile.
– No... nawet ze trzysta dolców to może wyjść. Wie pan, to jest długa jazda i w ogóle... – taksiarz strzelił skandalicznie wysoką cenę.
Adam sięgnął do kieszeni skórzanej kurtki i wyciągnął niewielki plik banknotów. Wręczył go kierowcy i usiadł wygodnie na tylnej kanapie.
– Tu jest czterysta dolarów. Nie chcę więcej rozmawiać o pieniądzach – stwierdził kategorycznym tonem, na dźwięk którego zawsze milkły wszelkie sprzeciwy. Tym samym Gawlik wyeliminował problem ewentualnych późniejszych prób renegocjacji ceny, jak to często z „uczciwymi” usługodawcami bywa.
Taksówkarz pośpiesznie schował pieniądze, przeklinając się w duchu, że zażądał tak niskiej opłaty. Gościa można było nieźle wydoić, a teraz wszystko stracone…
Adam nadal uważał, że Warszawa jako miasto urodą nie grzeszy, ale od końca lat siedemdziesiątych zmieniło się bardzo wiele. Stolica nabrała kolorów, odnowiono co bardziej reprezentacyjne budynki, lecz ogólne wrażenie z całą pewnością nie rzucało na kolana.
– Piękna jest ta nasza Warszawa, nie? Pan był już u nas kiedyś?
– Raz, jak papież przyjechał do Polski w ’79.
– Aaa, pamiętam. To było wydarzenie, takich tłumów, jak na placu Zwycięstwa, to nie było chyba nigdzie. Cały naród był wtedy z papieżem. Uwierzy pan, że dzisiaj są w Polsce ludzie, którzy gadają, że jak papież przyjeżdża, to taka impreza za dużo kosztuje?! Ludzie są dzisiaj podli, niech mi pan wierzy. Za pieniądze własną matkę by sprzedali. Kiedyś liczył się człowiek, a teraz to tylko szmalec. A ci złodzieje z rządu co wyprawiają, to pan byś nie uwierzył! Kradną, ile się da, i to przez nich taka bieda w Polsce, a...
Adam nie słuchał, obserwując ciekawie przez okno mijane powoli uliczki w centrum miasta. Niektóre z nich rozpoznawał i dostrzegał zmiany, jakie poczyniono od jego czasów. Stolica rosła w siłę, co jakiś czas mignęło logo firmy dobrze mu znanej ze Stanów. Całkiem prawdopodobne, że miasto zasłuży kiedyś na miano prawdziwie europejskiej metropolii.
– ...no bo kiedyś taksówkarz to był szanowany zawód – kierowca kontynuował swój wywód. – A dzisiaj to się nie da wyżyć i w dodatku jak utrzymać rodzinę? Pan nie ma jakichś wejść w konsulacie, żeby wizę do Stanów dali?
Adam spojrzał na kierowcę, wyczekująco obserwującego go w lusterku. Niestety, musiał go rozczarować.
– Niestety nijak nie mogę panu pomóc. Słyszałem, że trzeba próbować, i za którymś tam razem wreszcie dadzą.
– Już dwa razy próbowałem, szlag by ich trafił! Wie pan, mam kuzyna w Chicago. Robotę by mi załatwił, ale tu, kurczę, nie da rady z tą cholerną wizą. A ile się w kolejce jeszcze trzeba nastać! Jakbym pojechał, to bym rodzinę ściągnął i wreszcie byśmy zaczęli żyć. W tym kraju to już nic się nie da zrobić. Jak się nie ma układów, to „do widzenia”. A pan na długo do Polski?
– Może na zawsze…
cdn.
Marek Kędzierski – autor powieści sensacyjnych, które szybko zdobyły sobie rzesze wiernych fanów