– To się nazywa refleks szachisty. Już ponad miesiąc pracuje, a tyś dopiero go zauważył? Starzejesz się, majorze.
– Eee tam, gadasz głupoty. Skądżeś go wytrzasnął?
– Pamiętasz Iwanowa, tego ruskiego pułkownika z Riazania?
– Wołodię? Pewnie, że pamiętam. Ten to potrafił wypić. Prawdziwy Ruski.
– To też. On mi go polecił. Co prawda nie wiedział, gdzie Gawlika szukać, ale dał mi namiary na ludzi, którzy mogli coś wiedzieć. Podzwoniłem, pojeździłem i znalazłem gościa w Nowym Jorku.
– Słyszałem, że on przeszłość ma jakąś nie tego...
– Rysiu, sam powiedz, kto z nas ma przeszłość „tego...”? Może tylko Zwierzchowski, ale to przecież jeszcze gówniarz. Zdolny, ale gówniarz.
– Taaak... – westchnął major, przyznając w ten sposób rację Pytlakowi. – A widziałeś, jaki sobie Gawlik wóz kupił? Jeep Grand Cherokee. Musi mieć kupę szmalu. Skoro taki nadziany, to co tu robi?
– Tak się składa, że trochę wiem, jak on tę kasę zarobił, jakim kosztem. Wierz mi, Rysiu, nie zamieniłbym się z nim. Za cholerę – powiedział pułkownik ściszonym głosem. – Nie wiem jak ty, ale ja idę po repetę. Schabowy palce lizać.
Spojrzał pytająco na towarzysza. Ten uśmiechnął się i obaj wstali od stolika.
Adam przystanął, gdy zobaczył szybko zbliżającego się kapitana.
– Adam, dobrze, że cię widzę! – Andrzej Zwierzchowski podbiegł do niego podekscytowany. – Musimy pogadać.
– Co jest?
Kapitan rozejrzał się wokół, jakby chciał sprawdzić, czy nikt nie słucha. Patrzył na Adama przez chwilę.
– Jesteś z Żar koła Żagania, tak?
– Przecież ci mówiłem.
– Twój brat z całą rodziną zatruli się gazem w nocy po libacji alkoholowej, tak?
– Po co to mówisz?!
– Alina, moja narzeczona, też jest z Żar. Jak byłeś ostatnio u nas, to jakoś nie wyszło w rozmowie. Dzisiaj przy śniadaniu wypytywała mnie o ciebie. Wtedy w gazecie była mylnie podana informacja. Dzieci uratowano. Alina twierdzi, że jak była w ogólniaku, to akurat mieli zorganizowane wyjście do domu dziecka. Jakaś tam akcja. To była głośna sprawa. Ona te dzieci widziała, nie ma mowy o pomyłce.
Adam najpierw zbladł, potem krew napłynęła mu do twarzy.
– Co ty mi chcesz powiedzieć? – wycedził.
Złapał Andrzeja za poły munduru i przysunął jego twarz do swojej. Ten się nie bronił.
– Człowieku, w domu dziecka w Świebodzinie wciąż mogą mieszkać twoje bratanice, jeśli nie zostały jeszcze adoptowane. Jest szansa, że tak się nie stało, bo adopcja dwójki jest trudniejsza, a rodzeństwa się raczej nie rozdziela.
Poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Przed oczyma stanęły mu twarzyczki bratanic. Ożyły wspomnienia. Zwolnił uchwyt i puścił polowy mundur przyjaciela.
– Odezwę się do ciebie – powiedział tylko i pobiegł jak oszalały w kierunku wyjścia z jednostki.
– Nie wariuj! Jedź ostrożnie! – zawołał za nim kapitan Zwierzchowski. – Szkoda by było tego nowiutkiego jeepa... – powiedział już tylko do siebie.
ROZDZIAŁ XXI
Ewa Wojcieszak wróciła do domu jak zwykle po osiemnastej. Czuła się trochę zmęczona, tego dnia było sporo klientów. Przez ostatnie parę godzin przed zamknięciem kolejka nie malała ani na moment. Myślała tylko o gorącej kąpieli i odpoczynku. Jeszcze w drodze ze sklepu zastanawiała się, co się stało z sąsiadem z góry, który już od dłuższego czasu się u niej nie pokazywał.
– Mamo, jadłaś już kolację?
– Jadłam, Ewuniu. Na stole w kuchni są kanapki. Zaraz zrobię ci herbatę.
– Mamusiu, a nie mówią może ludzie w bloku, co się stało z tym wojskowym, co mieszka nad nami?
– Podobno nagle wyjechał. Jakaś rodzina mu się odnalazła czy coś takiego.
A czemu pytasz?
– Bardzo miły człowiek. Często przychodził do sklepu i czasem gawędziliśmy sobie.
– Dobrze, że tego Filip nie słyszy. Strasznie o ciebie zazdrosny.
– Tak, tak… – powiedziała w zamyśleniu. – Najpierw wezmę kąpiel, potem zjem. Lecę z nóg.
Był już wieczór, kiedy zadzwonił telefon.
– Halo? – Ewa przytrzymała słuchawkę ramieniem i energicznie wycierała ręcznikiem świeżo umyte włosy.
Po drugiej stronie słuchawki odezwał się przyjemny, męski głos.
– Dobry wieczór. Nazywam się Jacek Bielecki z firmy Investment Operations. Czy mógłbym mówić z panią Ewą Wojcieszak?
– Przy telefonie. Słucham pana.
– Tak jak wspomniałem, reprezentuję firmę Investment Operations, za pośrednictwem której pani ojciec był łaskaw poczynić pewne inwestycje. Przyniosły one dzisiaj bardzo znaczący zysk i jestem upoważniony do przekazania pani tych pieniędzy.
Ewa zastygła w bezruchu.
– O czym pan mówi? Ojciec nigdy w nic nie inwestował – stwierdziła z przekonaniem.
– Czy ja rozmawiam z panią Ewą Wojcieszak, zamieszkałą przy ulicy Poleskiej 32, mieszkania 2? – mężczyzna był bardzo uprzejmy.
– Zgadza się.
– Więc się nie pomyliłem. Ja nie wiem, proszę pani, czy pan Edmund Wojcieszak dokonywał pewnych operacji finansowych w porozumieniu z rodziną czy też nie. Ja tylko mam dopełnić formalności papierkowych i dopilnować, by należne pani pieniądze wpłynęły na pani konto. Czy moglibyśmy się jutro spotkać powiedzmy o dziewiątej rano przed oddziałem Banku Zachodniego przy Saperów? Tam pani ma swój rachunek, prawda?
– Skąd pan to wie?
– Pani ojciec przekazał nam szczegółowe informacje, na wypadek gdyby sam nie mógł podjąć pieniędzy.
cdn.
Marek Kędzierski – autor powieści sensacyjnych, które szybko zdobyły sobie rzesze wiernych fanów