----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

14 maja 2015

Udostępnij znajomym:

Posłuchaj wersji audio:

– Proszę mi powiedzieć, o jakiej kwocie rozmawiamy.

– Bardzo żałuję, ale takich informacji telefonicznie udzielać mi nie wolno. Powiem może tylko, że jest to znaczna wielokrotność przeciętnego rocznego wynagrodzenia w sektorze przemysłowym.

Dziewczynie nagle zrobiło się gorąco.

– Jak pana tam przed bankiem poznam? – spytała słabym z wrażenia głosem.

– Proszę się nie obawiać. Ja panią odnajdę. Proszę tylko być punktualnie. Czyli jesteśmy umówieni. Do widzenia pani – pożegnał się i rozłączył, nie czekając na słowa pożegnania ze strony Ewy.

– Do widzenia... – powiedziała do siebie powoli jakby w transie, odkładając słuchawkę na widełki.

– Kto dzwonił? – zainteresowała się Krystyna Wojcieszak.

– Usiądź mamusiu i trzymaj się mocno. Nie uwierzysz w to, co ci teraz powiem. Sama nie wiem, co o tym myśleć.

Bank był już otwarty. Ewa spojrzała na zegarek. Za dziesięć dziewiąta. Nigdy nie lubiła się spóźniać i zawsze starała się być te parę minut przed umówionym spotkaniem. Jej chłopak, Filip, z punktualnością miał duże problemy. Dziewczynę to denerwowało, więc obiecał się zmienić i teraz jest już pod tym względem zdecydowanie lepiej. Powiedział jej ostatnio, że spóźnialscy mają więcej czasu dla siebie. Mało brakowało, by się pokłócili, ale Filip zawsze doskonale potrafił łagodzić sytuacje konfliktowe celnym żartem i czułym gestem.

Punktualnie o dziewiątej podszedł do Ewy elegancki, młody człowiek w nienagannie skrojonym garniturze. W prawej ręce trzymał gustowną, czarną teczkę. 

– Dzień dobry. Pani Ewa Wojcieszak, prawda? – upewnił się.

– Tak...

– To ja wczoraj do pani dzwoniłem. Wejdźmy może do banku. W środku dopełnimy wszystkich formalności.

W banku o tej porze było jeszcze pusto. Bielecki wyciągnął plik dokumentów.

– Będę potrzebował pani podpis w kilku miejscach. Mogę tylko zerknąć na pani dowód osobisty?

Sięgnęła do torebki i podała mu dokument tożsamości. Mężczyzna wpisał do papierów brakujące szczegóły.

– Bardzo dziękuję – oddał jej zieloną książeczkę. – Powiadomiono mnie, że pieniądze powinny być już na pani rachunku. Zanim pani podpisze pokwitowanie, proszę sprawdzić, czy moje informacje są ścisłe.

Podeszła do lady, gdzie zwykle stał ogonek ludzi. Dzisiaj nie musiała czekać.

– Słucham panią? – młoda pracownica banku odwróciła wzrok od monitora i spojrzała w stronę klientki.

– Chciałabym sprawdzić stan konta.

– Oczywiście. Poproszę pani dowód osobisty.

Dziewczyna sprawdziła tożsamość klientki i położyła go z powrotem na ladzie. Przez chwilę stukała w klawiaturę. Na ma­leńkiej karteczce napisała długopisem żądaną informację i przesunęła ją w stronę klientki. Ewa wzięła karteczkę do ręki i przyglądała się mu dłuższą chwilę. Nie odeszła od lady.

– Przepraszam panią, ja dobrze odczytałam, że mam na koncie sto trzydzieści tysięcy nowych złotych?

Dziewczyna jeszcze raz wystukała coś na klawiaturze.

– Sto trzydzieści osiem tysięcy pięćdziesiąt cztery złote dwadzieścia pięć groszy. Czy coś się nie zgadza?

– A proszę mi jeszcze powiedzieć, skąd miałam ostatni wpływ na rachunek.

Tym razem wystarczyły trzy stuknięcia w klawiaturę.

– Z Bank of America. Investment Operations. Jakaś amerykańska instytucja.

– Bardzo pani dziękuję.

Oszołomiona wróciła do czekającego kilka metrów dalej Jacka Bieleckiego.

– Czy wszystko w porządku, pani Ewo? – spytał zaniepokojony, kiedy na nią spojrzał.

– Tak, tak. W porządku. Jest pan pewny, że tu nie ma żadnej pomyłki?

– Wykluczone. Wszystko się zgadza. Czy może mi pani teraz podpisać te dokumenty? Najważniejsze jest pokwitowanie o otrzymaniu całej kwoty. Tutaj i tutaj proszę – Dziewczyna złożyła swój podpis we wskazanych miejscach. – Doskonale, bardzo pani dziękuję – Jacek Bielecki schował papiery do swojej na pewno bardzo drogiej, skórzanej teczki. – Do widzenia, pani Ewo.

Ukłonił się grzecznie i wyszedł z banku. Ewa jeszcze przez chwilę stała przy wysokim stole, gdzie często wypełniała różne bankowe druczki, i wpatrywała się w kwotę chwilę wcześniej wypisaną ręką pracownicy banku.

ROZDZIAŁ XXII

Dom dziecka w Świebodzinie przy ulicy Łużyckiej 44 mieścił się w okazałym trzykondygnacyjnym budynku. Adam zaparkował swojego jeepa kilkanaście metrów od wejścia. Wyłączył silnik, ale nie wysiadał

z samochodu. Sytuacja budziła w nim obawy. On, który nie raz zaglądał śmierci prosto w oczy, dla którego wojenna pożoga była chlebem powszednim, który swego czasu siał przerażenie wśród największych twardzieli, teraz się bał. Obawiał się spot­kania z teraz już pewnie dorosłymi kobietami. Co ma im powiedzieć? Jak wyjaśnić, że wujek, który w dzieciństwie był dla nich opoką, i za którym wprost przepadały, zostawił je na tyle lat? Czy uwierzą w jego zapewnienia, że nie wiedział? Rozgorączkowane myśli kołatały się mu w głowie. Wyciągnął kluczyk ze stacyjki i otworzył drzwi samochodu.

– Ty, Grażyna, choć szybko – podekscytowana Anka Borek wołała koleżankę z pokoju do okna. – Szybko, choć zobaczysz, jaka fura przyjechała. No, Grażyna!

Grażyna Gawlik porządkowała swoje rzeczy w szafce. Nieszczególnie interesowała się „furami”, jakimi ludzie dzisiaj jeżdżą. Odłożyła złożoną właśnie, świeżo wy­prasowaną, bluzkę na półkę i obojętnie podeszła do koleżanki. Samochód istotnie był imponujący. Wysiadł z niego człowiek w wojskowym mundurze polowym.

– Ciekawe do kogo przyjechał – Ankę zżerała ciekawość.

– Pewnie do dyrektora. Na pewno do żadnego z dzieciaków. – stwierdziła beznamiętnie Grażyna i odeszła od okna.

cdn.

Marek Kędzierski – autor powieści sensacyjnych, które szybko zdobyły sobie rzesze wiernych fanów

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor