ROZDZIAŁ XXV
Dwutygodniowy urlop w domku letniskowym Białasów na Mazurach, zaserwowany kobietom zgodnie z zaleceniem lekarzy, zaczął powoli doprowadzać psychikę Edyty do równowagi. Atmosfera dzikiej, nieskażonej cywilizacją natury, żagle i kochająca rodzina zrobiły swoje. Dziewczyna znowu się uśmiechała. Wciąż dręczyły ją senne koszmary, lecz i ten problem miał z czasem ustąpić, jeśli wierzyć profesorom z kliniki Akademii Medycznej we Wrocławiu. Białasowie nie szczędzili pieniędzy. Zaangażowali do terapii córki najlepszych specjalistów i już krótki pobyt w szpitali po powrocie dał im i lekarzom jasny sygnał, że dziewczyna najbardziej teraz potrzebuje rodzinnej miłości, której zresztą i tak nigdy jej nie brakowało.
Paweł zjechał z autostrady na Wrocław. Edyta spała na tylnym siedzeniu.
- No, tośmy dojechali. Zaraz będziemy w domu. Potrzebuję porządnej kąpieli – odezwał się do żony siedzącej na fotelu pasażera.
- O, ja też. Cieszę się, że kupiliśmy ten domek na Mazurach. To świetne miejsce. Każdego by postawiło na nogi – odpowiedziała, wpatrując się w przestrzeń przed samochodem.
Paweł zerknął na nią.
- Ciągle o nim myślisz?
Spojrzała na męża.
- Ten człowiek wyciągnął nas z piekła, z którego się nie wraca. Uratował nam życie, płacąc swoim za nasze. Nie mówiąc już o tych innych żołnierzach, co zginęli. Ja nawet nie wiem, jak wyglądał. Jakiego koloru miał oczy, jak się uśmiechał. Wiesz, nie mówiłam ci, ale dałam za niego na mszę. Bóg powinien przebaczać takim ludziom.
- Pojutrze przyjeżdża Grażyna. Szkoda, że nie chciała z nami jechać na Mazury – próbował zmienić przygnębiający temat.
- Nie dziw się – powiedziała Alicja. – Jeszcze kilka tygodni temu odnalazła ukochanego krewnego, a teraz znowu jest sama. Musiała to strasznie przeżyć.
- Stworzymy jej rodzinę, jakiej nigdy nie miała. Powinniśmy byli je obie wtedy adoptować.
- Jaki on był? – spytała cicho.
- Adam?
- Tak, jaki był ten Adam Gawlik.
- Bardzo dziwny człowiek. Z jednej strony budzący grozę, a z drugiej coś w nim było takiego... Nie wiem jak ci to wytłumaczyć, ale był w pewnym sensie ujmujący tym swoim spokojem. Lubił żartować. Niesamowite! Ten człowiek, który widział najgorszą stronę wojny, potrafił się wygłupiać jak chłopczyk. Kupę śmiechu mieliśmy, zanim wylecieli do Kenii. Czasem przerażał, jak wtedy, co ci mówiłem, że tych dwóch łysych bandziorów przyszło z kijami bejsbolowymi, żeby nas obrabować. To co on z nimi zrobił... Wprost niewiarygodne. Dla jego kumpli to była normalka. Nic nadzwyczajnego, a ja wytrzeszczałem oczy…
Skręcili z Karkonoskiej w ulicę Zwycięską, która dalej przechodziła w Strachowskiego. Paweł prowadził w milczeniu. Alicja zatopiona w myślach spoglądała we wsteczne lusterko na śpiącą jak księżniczka córkę. Spokojny sen zdarzał się jej coraz częściej, czym sprawiała kobiecie ogromną radość. Takim wydawałoby się drobiazgiem koiła zbolałe, matczyne serce.
Minęli dobrze znany przystanek autobusowy z jak zwykle o tej porze niewielką liczbą oczekujących pasażerów. Jakiś mężczyzna przechadzał się tam i z powrotem
z założonymi na plecach rękami, dwie kobiety przy wózku z małym dzieckiem dyskutowały gorąco na sobie tylko wiadomy temat. Najprawdopodobniej o niemowlęcych kupkach i kolkach, bo o czymże innym. Byli wreszcie w domu.
Jak grom z jasnego nieba spadł na Alicję krzyk Pawła.
- A to skurwysyn! – wyrzucił z siebie nagle i gwałtownie wcisnął pedał hamulca. Samochód z piskiem opon zatrzymał się przy krawężniku.
- Jezus, Maria! Co się stało?! – wykrzyknęła przerażona Alicja.
Wybudzona nagłym szarpnięciem Edyta rozglądała się nieprzytomnie, a tymczasem Paweł wyskoczył z auta jak oparzony i popędził w kierunku przystanku autobusowego. Białasowa wysiadła zaraz za nim.
- Paweł! – krzyknęła, starając się nie wpadać w panikę.
Mąż nie słuchał. Podbiegł do mężczyzny czekającego na autobus, złapał go za klapy marynarki i przyciągnął go agresywnie do siebie. Po chwili puścił człowieka, który nawet nie podniósł rąk, by się jakoś bronić przed tym szalonym atakiem. Następnie Paweł Białas chwycił go w objęcia i uściskał jak najdroższego krewnego.
- Ty cholerny draniu! Czemuś nawet nie zadzwonił?! – usłyszała słowa męża oniemiała ze zdumienia Alicja.
- Wiesz, Paweł, nie mówiłem ci, ale ja zawsze bardzo lubiłem efektowne wejścia – odpowiedział z łobuzerskim uśmiechem Gawlik.
Alicja Białas zakryła dłonią usta. Dotarło do niej jasno, kim jest człowiek na przystanku. Przytuliła mocno Edytę, która wysiadła i stanęła obok matki, ale wciąż nie zdawała sobie sprawy, co tu się właśnie wydarzyło. Mężczyźni podeszli do nich.
- To jest... To właśnie jest... – zaczął Paweł, wskazując na Gawlika.
Popatrzył jeszcze raz na Adama i nie powiedział nic więcej. Westchnął ciężko i machnął ręką, zrezygnowany.
- Dzień dobry, pani Białas – obcy skłonił się z galanterią.
Spojrzał na wtuloną w matkę Edytę. Przez chwilę milczał, a oczy zaszkliły mu się nieco.
- Witaj, Edytko. Cieszę się, że znowu cię widzę. Mam nadzieję, że przyjmiesz nieobecnego przez wszystkie te lata, ale zawsze ci życzliwego wujka – powiedział Adam z autentyczną obawą w głosie.
Edyta podeszła do niego powoli, objęła za szyję i pocałowała w policzek.
- Dziękuję, wujku.
Adam ujął jej głowę swoją masywną dłonią i przygarnął do ramienia. Podniósł wzrok na Białasów i puścił do nich wilgotne ze wzruszenia oko.
- No, to teraz możecie mnie nakarmić, napoić i przenocować – powiedział z głupia frant, przywracając dawno nie goszczący, radosny uśmiech na ich twarzach.
Alicja w tym momencie wiedziała, że z całą pewnością polubi tego niezwykłego człowieka.
cdn.
Marek Kędzierski – autor powieści sensacyjnych, które szybko zdobyły sobie rzesze wiernych fanów