– Nie bełkocz mi tu po japońsku, tylko mów, czy dasz mu radę? – zniecierpliwił się Rzeszewski.
– Spokojnie, szefie. Jeszcze się taki nie urodził, co bym nie dał rady mu skopać dupy – odpowiedział Bolo z niezachwianą pewnością siebie.
– To chciałem usłyszeć. Przyprowadzisz mi go tu i zajmę się gościem osobiście. Weź swoich i idźcie jeszcze raz do tej knajpy. Dowiedz się, gdzie gnoja szukać i dawajcie mi go tutaj na postronku jak wieprza. A wy, łajzy, wypier…! Wstyd mi przynosicie! Później się zastanowię, co z wami zrobić.
W porze obiadowej restauracja Michalczyka jak zwykle tętniła życiem. Bolo z trzema ludźmi wszedł niczym czołg, po drodze przewracając stojące po bokach stoliki i siedzących przy nim gości. Wysoki starszy mężczyzna, mający aparycję kawalerzysty z czasów Piłsudskiego, nie posiadał się z oburzenia. Zerwał się na równe nogi i stanął oprychowi na drodze, mierząc go wściekłym wzrokiem. Zanim zdołał cokolwiek powiedzieć, Bolo krótkim ciosem wbił mu nos w czaszkę. Mężczyzna padł na podłogę, zakrywając dłońmi twarz. Przez palce sączyły się strużki krwi, powolutku tworząc czerwoną kałużę przy jego głowie. Michalczyk wraz z żoną i czteroletnią córeczką Kasią wybiegli z kuchni. Oboje zamarli z przerażenia, a Kasia, niewiele rozumiejąc z zajścia, przyglądała się wydarzeniom z dziecinnym zainteresowaniem. W jednej chwili Bolo stanął przed właścicielem restauracji, chwycił go za przednią część garderoby i podniósł niczym lalkę na kilkanaście centymetrów do góry. Jego kumple tymczasem zajrzeli bez słowa do kuchni. Nikogo więcej nie było.
– Gdzie jest ten skurw...? – zapytał spokojnie, trzymając, przerażonego Michalczyka w powietrzu.
– Nie... nie wiem, o czym p... pan mówi – wybełkotał Michalczyk.
– Wczoraj było tu czterech ludzi po kasę, za to, że pozwalamy ci prowadzić tę budę. Jakiś twój koleżka im przylał. Jak się nazywa i gdzie go znajdę?
– Ja nic nie wiem. To był klient. Nie znam go – próbował tłumaczyć właściciel restauracyjki.
Bolo postawił go z powrotem na ziemi. Nie spuszczając z niego wzroku, jednym szybkim ruchem porwał Kasię i uniósł ją sobie nad głową. Dziewczynka zaczęła na całe gardło piszczeć z przerażenia. Michalczyk rzucił się jej na pomoc, lecz miażdżący chwyt Bola na jego szyi pozbawił mężczyznę jakichkolwiek szans działania. Wrzeszczącą rozpaczliwie matkę Kasi złapał w żelazny uścisk osiłek stojący za nią i swoją wielką mięsistą dłonią zatkał jej usta.
– Jak sobie nie przypomnisz, to nie utrzymam dłużej tego bachora. Chyba wpadnie do tego gara z rozgrzanym olejem – powiedział Bolo beznamiętnie.
– Nazywa się Adam Gawlik – Michalczyk, krzywiąc się z bólu pośpieszył z informacjami. – Naprawdę nie wiem, gdzie go znaleźć, ale wiem, gdzie mieszka jego bratanica. Znamy się z kościoła. Legnicka 120, mieszkania 17. Ona będzie wiedziała.
– No widzisz, jak chcesz, to potrafisz. Odwiedzimy bratanicę. Jak się dowiem, że kłapiesz o nas dziobem, to tu wrócę i wyrwę ci serce.
Bolo pchnął go mocno. Mężczyzna przewrócił się na plecy i tyłem głowy uderzył o podłogę. To samo spotkało jego żonę, a karateka rzucił dzieckiem o wyłożoną boazerią ścianę. Kasia osunęła się bez przytomności. Strużki krwi popłynęły z jej maleńkiego ucha i z rozbitej nad prawym łukiem brwiowym głowy. Wychodzącym z restauracji bandytom towarzyszyło przeraźliwe wycie zrozpaczonej kobiety, błagającej ludzi o pomoc. Ale pomocy nie było.
– Nie mów, Adaś. To wielkie dzieło. Klasyka literatury światowej – stwierdził autorytatywnie Mistrzu.
– Jasne. Wielkie dzieło. Tylko, że nie dla ludzi. Tego się nie da czytać. Kto przeczyta Ulysessa Joyce’a? Ja doszedłem do połowy i dalej nie dałem rady. Ty to przeczytałeś i nawet pewnie ci się podobało. Ale kto jeszcze? Paru znawców literatury i snobów?
– Nie gadaj. Joyce’a ludzie czytają.
– No dobra. A weźmy książkę Huckelberry Finn Twain’a. Wielkie dzieło. Klasyka literatury amerykańskiej, a da się czytać. Powiem więcej, powieść dla każdego normalnego człowieka. Joyce potrafiłby coś takiego napisać? Śmiem wątpić.
– Twórczość Joyce’a to nowatorstwo bez precedensu w historii literatury. Strumień świadomości. Nie można tego porównywać.
– Tak, tak. A pamiętasz, co Mark Twain, jakby nie było ojciec literatury amerykańskiej, powiedział o pisarstwie? Nie przytoczę dosłownie, ale chodziło mu o to, że nie jest sztuką napisać wielkie dzieło dla elit. Prawdziwą sztuką jest napisać wielkie dzieło zarówno dla elit jak i dla mas. No to kto tu jest większym pisarzem, Joyce czy Twain?
Grażyna uwielbiała te ich dyskusje na pseudonaukowe tematy. Angażowali się w nie bez reszty, a świat wokół przestawał dla nich istnieć. Z samej obserwacji poważnych skądinąd mężczyzn ubaw miała setny. Ale przy okazji wiele się mogła dowiedzieć i nauczyć.
Dzwonek do drzwi przerwał ożywioną debatę. Grażyna wstała bez słowa i poszła otworzyć. Mężczyźni usłyszeli niepokojące dźwięki dobiegające z przedpokoju, jakby szamotaninę. Grażyna szła tyłem, mając lufę pistoletu przystawioną do czoła. Za wygolonym na zero osiłkiem, który trzymał dziewczynę na muszce wparowało jeszcze trzech równie napakowanych i równie łysych bandytów. Mistrzu zerwał się na równe nogi jak oparzony. Adam wyciągnął w jego stronę rękę i powoli posadził go z powrotem na fotel.
– Tak jest, nie wtrącaj się księżulku, to może daruję ci życie – skomentował ruch Gawlika osiłek z wytatuowaną lewą częścią szyi, który wyglądał na szefa pozostałych. – Idziesz z nami, Gawlik. Pan Rzeszewski chce ci osobiście spuścić wpierdol. Rusz dupę!
Mężczyzna z pistoletem brutalnie pchnął Grażynę. Straciła równowagę i upadła całym ciężarem na sofę. Adam nie drgnął. Błyskawicznie przeanalizował sytuację. Właściwie napastnicy nie mieli większych szans, ale wolał uniknąć awantury, bo dziewczyna mogła mieć później kłopoty z policją. Myślał gorączkowo, jak uchronić bratanicę i przyjaciela przed niestety bardzo realnym zagrożeniem.
cdn.