----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

06 marca 2018

Udostępnij znajomym:

Trwa pobieranie wersji audio...

W okresie ostatnich 15 lat, czyli od wydarzeń z 11 września 2001 roku, Stany Zjednoczone wydały bilion dolarów na obronę przed Al Kaidą, ISIS, samotnymi zamachowcami, wybuchem tzw. brudnej bomby, cyberterroryzmem, bioterroryzmem i innymi zagrożeniami dla bezpieczeństwa kraju i jego mieszkańców. Czy przyniosło to skutek?

W dniu, gdy samoloty pasażerskie uderzyły w wieże WTC i Pentagon, wiele osób uświadomiło sobie nagle, że ich życiu nie zagrażają już tylko tornada, przestępcy, choroby i wypadki drogowe, ale wrogowie do tej pory atakujący innych, nigdy Amerykę. W krótkim czasie zginęło prawie 3 tysiące osób. W miejscu, gdzie jeszcze chwilę wcześniej spacerowaliśmy, czytaliśmy gazety i odwoziliśmy dzieci do szkół. We własnym domu. Od tamtych wydarzeń minęło kilkanaście lat, podczas których zreorganizowano działanie instytucji i departamentów odpowiedzialnych za bezpieczeństwo, przyznano im dodatkowe prawa i wydano na nie tysiące miliardów dolarów. Czy dzięki temu jesteśmy bardziej bezpieczni, niż byliśmy w przeddzień zamachów?

Tak, jeśli weźmiemy pod uwagę podobnie przeprowadzone zamachy. Na pewno trudniej jest terrorystom przedostać się do kraju i zorganizować coś na tak dużą skalę. Ale nie zlikwidowano wszystkich zagrożeń, zwłaszcza, że pojawiły się nowe. Niedawna masakra w klubie w Orlando uświadomiła nam, iż na świecie pojawiło się wielu próbujących wykorzystać istniejące luki, by szerzyć śmierć i zniszczenie. Wielu z nich żyje wśród nas i ma łatwy dostęp do broni. Nie odstrasza ich własna śmierć i gotowi są popełniać mniej spektakularne akty terroru, niż te sprzed 15 lat. To sprawia, że są trudniejsi do wykrycia. To również sprawia, że choć teoretycznie jesteśmy bardziej bezpieczni, to na pewno tego nie odczuwamy na co dzień.

W przeddzień ataków, czyli 10 września 2001, ówczesny Prokurator Generalny John Ashcroft, odrzucił prośbę FBI o zwiększenie liczby personelu zajmującego się antyterroryzmem w kolejnym roku fiskalnym. Tego samego dnia samo Federalne Biuro Śledcze podczas składania raportu w Kongresie za największe zagrożenie dla wewnętrznego bezpieczeństwa kraju uznało obrońców praw zwierząt. W dniu tym Federalna Administracja Lotów posiadała już listę podejrzanych o terroryzm osób, ale znajdowało się na niej zaledwie 12 nazwisk. Druga, bardzo długa lista opracowana przez FBI i CIA leżała na półce w jednym z biur FAA i od miesięcy czekała na rozpatrzenie i ewentualne dołączenie do obowiązującej na lotniskach. Później okazało się, że nazwiska dwóch zamachowców z 9/11 znajdowały się na niej. CIA wiedziała, że kilka miesięcy wcześniej przylecieli do USA, ale nie podzielono się tą informacją z FBI. Każdy działał na własną rękę i z zazdrością strzegł swych informacji.

Dziś wszystkie agencje bezpieczeństwa mają wspólną listę i dzielą się informacjami – choć nie bez problemów – a ich przedstawiciele obecni są podczas narad u innych. Dziś również Departament Sprawiedliwości ma cały dział zajmujący się wyłącznie bezpieczeństwem wewnętrznym. Budżet FBI jest trzy razy wyższy, a biuro już nie tylko zajmuje się dokonanymi przestępstwami, ale ma za zadanie powstrzymywać ataki terrorystyczne. Większość środków przeznaczanych na analizy, nowe technologie, czy dodatkowych agentów, ma służyć prewencji. 15 lat temu zajmowała się tym niewielka grupa słabo wyposażonych i przygotowanych ludzi.

11 września 2001 linie lotnicze odpowiedzialne były za bezpieczeństwo pasażerów na pokładach. W całym kraju zatrudniano wówczas ok. 16 tysięcy słabo opłacanych, nienajlepiej wyszkolonych agentów kontroli. System był tani, a kolejki posuwały się szybko, więc linie przez lata lobbowały za utrzymaniem tego system.

Dziś mamy 46 tysięcy osób zajmujących się prześwietlaniem bagaży i pasażerów, wszyscy zatrudnieni są przez rząd federalny i szkoleni przez TSA. Choć problemów nie brakuje – długie kolejki, brak komunikatywności, popełniane błędy – to jednak z punktu widzenia bezpieczeństwa system działa dużo lepiej. Do tego we wszystkich samolotach wzmocnione zostały drzwi prowadzące do kokpitu, gdyby ktoś jednak prześliznął się przez kontrolę TSA. Powtórka scenariusza sprzed 15 lat trudna jest do wyobrażenia. Nie można powiedzieć, iż jest niemożliwa, ale bardzo, ale to bardzo mało prawdopodobna.

W latach 70. setki uzbrojonych agentów w cywilu podróżowało amerykańskimi samolotami, by uchronić je przed ewentualnym porwaniem na Kubę. Wraz ze zmniejszaniem się tego zagrożenia spadała ich liczba. W 2001 r. było ich już zaledwie 33 na cały kraj, czyli ponad 20 tysięcy lotów na 440 lotniskach dziennie. W ciągu kilkudziesięciu dni od 9/11 w ramach specjalnego program zatrudniono 600 nowych air marshalls, a do 2005 r. pracowało ich już na pokładach samolotów ponad 5 tysięcy. Ilu pracuje dziś, nie wiadomo, liczba ta objęta jest tajemnicą.

Po zamachach przed 15 laty zabezpieczono również porty wodne. Dzień po ataku wszystkie kontenery, jakie przypłynęły z Bliskiego Wschodu lub Afryki odstawiono na bok i dokładnie prześwietlono lub ręcznie przeszukano. Nie było to łatwe zajęcie. W tamtych czasach kontrolerzy i celnicy potrafili wykryć przede wszystkim narkotyki, choćby kokainę ukrytą w cytrynach z Ekwadoru i pod takim kątem byli szkoleni. Nie uczono ich jednak o materiałach wybuchowych, czy radioaktywnych, które mogłyby posłużyć do zbudowania tzw. “brudnej bomby”, dziś spędzającej sen z powiek osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo.

Obecnie każdy port sprawdza ładunki używając sprzętu wartego miliardy dolarów, włączając w to detektory wszelkiego promieniowania, maszyny rentgenowskie, czujniki temperatury, etc. Niektóre kontenery, te najbardziej podejrzane, sprawdzane są jeszcze zanim pojawią się w pobliżu portu, często na statku lub w punkcie wysyłki. Podobnie jak na lotniskach, system nie jest doskonały, ale znacznie lepszy od stosowanego kilkanaście lat temu.

15 lat temu, gdy tydzień po zamachach w ręce kilku polityków oraz do kilku mediów trafiły koperty zawierające anthrax, okazało się, że w kraju nie ma sprawnie działającej komórki zajmującej się zagrożeniami biologicznymi. W wyniku zakażenia zmarło wówczas pięć osób, a siedemnaście trafiło do szpitali. Ówczesny gubernator Pensylwanii, Tom Ridge, wezwany do Waszyngtonu na stanowisko doradcy Homeland Security przez prez. Busha zaskoczony był, gdy w jednym z biur Białego Domu do walki z bioterrorem stanęła nieposiadająca wiedzy i przygotowania grupa przypadkowych osób. Nie było wśród nich lekarzy, nie było planu na wypadek ataku, a tym bardziej szczepionek. Wszystko teraz wygląda inaczej. Każdy department jest na taką ewentualność przygotowany i posiada warte miliardy środki do zwalczania ataków biologicznych i chemicznych.

Podobne przykłady można wyliczać jeszcze długo. Zmiany zaszły wszędzie, wydatki na bezpieczeństwo były i są ogromne. Ale to tylko jedna strona medalu.

Ataki sprzed 15 lat zadziałały na wszystkich jak zastrzyk adrenaliny. Wszyscy działali zgodnie nie licząc przepracowanych godzin, nie prosząc o przerwę. Szybko rozwiązywano problem, powoływano nowe departamenty, znajdowano środki, pomagano potrzebującym. Odnosiło się to zarówno do wszystkich – lekarzy, kolejarzy, budowniczych i polityków. Jednak z biegiem czasu zapał osłabł. Politycy wycofali się do swoich narożników, inni zaczęli dopytywać się o rozliczenia, jeszcze inni zwietrzyli możliwość zarobku. Życie wróciło do normy.

Jeden z dziennikarzy obserwował w 2002 r. otwarcie pierwszego punktu kontroli TSA. Było to na lotnisku w Baltimore. Agenci pracowali z zapałem, przybijali sobie piątki, gdy udało się im utrzymać w limicie czasowym, wyrażali zadowolenie z każdego udanego projektu. A gdy popołudniowe słońce zaczęło odbijać się w ekranie maszyny do prześwietlania pasażerów uniemożliwiając dalszą pracę, ktoś znalazł kawałek tektury i przylepił ją w oknie.

Ten sam dziennikarz pięć lat później odwiedził główną siedzibę TSA, gdy oprócz 44 tysięcy agentów zatrudniano 5 tysięcy urzędników we własnym budynku w pobliżu Pentagonu. Już w windzie jeden z pracowników zaczął narzekać do kolegi, iż nie podoba mus się sposób, w jaki przydzielane są miejsca parkingowe.

Zaczęła się typowa biurokracja i wyrzucanie pieniędzy w błoto. Homeland Security stało się wielkim biznesem. Znikąd pojawili się specjaliści, naukowcy, doradcy, którzy swe pomysły na zwiększenie bezpieczeństwa sprzedawali za grube pieniądze. Zresztą nikt ich nie żałował. Na nowe technologie przeznaczono miliardy – bezpieczne karty pracownicze, bramki elektroniczne, komunikację, czujniki promieniowania, wirusów, etc. Kolejne miliardy popłynęły do miast starających się poprawić bezpieczeństwo mieszkańców i gotowych współpracować z Homeland. Okazję do zarobku zauważyły uczelnie – w całym kraju funkcjonuje kilkaset kierunków przygotowujących do pracy w służbach bezpieczeństwa.

“Pewnie, że jesteśmy bardziej bezpieczni” – mówi starszy inspektor z Government Accountability Office, którego tysiące agentów kontrolują wszystkie agencje rządowe – “Ale wydaliśmy na to setki, jeśli nie tysiące miliardów. Pojawia się więc pytanie, ile z tych pieniędzy zostało zmarnowanych i ile mogliśmy wydać na program mogące zlikwidować luki w istniejącym systemie bezpieczeństwa?”

Posłużmy się niewielkim przykładem. W 2003 r. stworzono program o nazwie BioWatch, w ramach którego zbudowane miały być nowe czujniki zagrożeń biologicznych. Umieszczane w miejscach użyteczności publicznej miały analizować skład powietrza pod kątem znanych zagrożeń i to w zaledwie 6 godzin. Doświadczenia trwały 11 lat i kosztowały ponad 200 milionów. W 2014 r. zawieszono program, bo zbudowane urządzenie nie działało. Do dziś mamy więc w kilkuset miejscach w kraju rozlokowane stare czujniki, które nawet nie wiadomo, czy działają. Test próbek powietrza trwa 36 godzin, a ich utrzymanie kosztuje rocznie 80 milionów, czyli w ostatnich 15 latach wydano na ten cel ponad miliard. Jak tu nie mówić o marnotrawieniu pieniędzy.

2 mld. kosztował nowy system prześwietlania bagaży na lotniskach, ale okazało się, że nie działa lepiej od starego.

Miliard wydano na czujniki i kamery na małym odcinku granicy z Meksykiem i był to początek wielomiliardowych nakładów, jednak program wycofano, gdyż alarm włączał się non stop wyzwalany ruchem liści na wietrze i dostojnym spacerem myszy.

400 milionów dostał Lockheed Martin na stworzenie 3.5 miliona niemożliwych do podrobienia kart identyfikacyjnych dla pracowników lotnisk i portów. Karty powstały, ale do dziś nie udało się stworzyć do nich czytnika. Są więc kompletnie bezużyteczne.

Najdroższym i chyba najgłupszym pomysłem miał być FirstNet, sieć komunikacyjna wyłącznie dla straży pożarnej i policji. Miała kosztować 47 miliardów. Ile wydano w fazie testów nie wiadomo.

Ocenia się, że w ciągu 15 lat rząd wydał nawet 150 miliardów na niezrealizowane lub niedziałające programy. Oczywiście wiele przyniosło korzyść i poprawiło bezpieczeństwo, choć raczej nie należą d nich zabezpieczenia przed cyberterroryzmem. Doświadczenia ostatnich lat wskazują, że dane Amerykanów nie są zbyt dobrze chronione.

Można w nieskończoność wymieniać wydatki dobre i złe. Tych pierwszych jest więcej. Jesteśmy bezpieczniejsi gdy chodzi o terroryzm we wszelkiej formie i podobne mu zagrożenia. Ale przecież nie są one jedyne, bo zmienia się sytuacja geopolityczna świata. Naiwnością byłoby wierzyć, że nic złego się nie może zdarzyć. Zapominamy, że same nowoczesne technologie niczego nie gwarantują. Od 9/11 Homeland i FBI udaremniły kilkadziesiąt poważnych zamachów. O tylu wiemy. Musimy zdawać sobie sprawę, że żaden człowiek, żadna organizacja i departament nie może pochwalić się 100 proc. skutecznością.

Na podst: theatlantic, reuters, dni.gov, politico
opr. Rafał Jurak

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor